=== Robsik's Blog on WordPress ===

25 czerwca 2008

Podsumowanie roku szkolnego (biegania)

W ciągu ostatnich 3 dni usłyszałem już 5-6 razy, że mocno schudłem. Na początku nie zwracałem na to uwagi, bo w pierwszych dwóch przypadkach to mogła być po prostu grzeczność, ale następne razy dały mi do myślenia. Dziś już wiem, że rzeczywiście coś drgnęło i chyba w końcu to widać po mnie. Natchnęło mnie to do podsumowania moich (prawie) rocznych zmagań. Potraktujmy więc to jako podsumowanie biegackiego roku szkolnego. Pierwsze próby biegania podjąłem rok temu w czerwcu. W planach był wyjazd nad morze a ja już wyglądałem jak piłeczka (jakieś 105kg! przy wzroście: 186 cm). Trzeba było więc zająć się moim mięśniem piwnym, który zaczął mi już nieco przeszkadzać – np. przy wiązaniu sznurówek. Próby te jednak nie wiele dały: waga nie drgnęła a ja cały czas miałem problem braku czasu. Do tego wszystkiego zdałem sobie sprawę, że w zasadzie to nie wiem jak, ile i jak często ma biegać – nie miałem pojęcia jak to robić, aby osiągnąć jakiś rozsądny efekt. Nad morze pojechałem więc z brzuszkiem i udawałem, że jest mi z nim dobrze – chyba nawet nieźle mi szło :))) – nienajlepsze samopoczucie jedna zostało i niepokój mej duszy dręczył mnie nadal. W lipcu w wiadomościach (w radiu) usłyszałem, że jakiś starszy pan mając prawie 70 lat przygotował się do maratonu i wziął w nim udział! To mnie poraziło jak pierwsze wyładowanie przed burzą. Jak to!? On mógł a ja nadal nie??? Faktem jest, że od szkoły średniej marzy mi się maraton, ale zawsze był odkładany na potem - nie dlatego, że nie zależało mi, czy też uważałem to za kaprys. Po prostu nadal nie wiedziałem jak przygotować się do takiego biegu – wiedziałem, że trzeba, że jest to wyczyn, który może zmienić całe moje życie. Sierpień poświęciłem więc na drążenie tematu biegania. Przeszukałem Internet, aby znaleźć jakieś podpowiedzi jak się przygotować do maratonu. Wtedy dopiero poznałem teorię biegania i przygotowywania się do maratonu. Stron internetowych, które mi pomogły jest wiele, więc nie będę wymieniał każdej z osobna. Szczęśliwie jest to już tak popularny sport, że można na ten temat znaleźć więcej niż potrzebujemy. Wtedy padło pierwsze postanowienie: biegam od września! We wrześniu ważyłem już 107 kg! Zawiązanie buta w przysiadzie było już dość uciążliwe: ugniatanie brzucha kolanem nogi wykrocznej ograniczało możliwości oddychania – to było już na tyle niepokojące, że jeszcze mocniej mnie zmotywowało do działania. Na początku września zrodziło się także drugie postanowienie: przygotowuję się do maratonu! Znalazłem jakiś rozsądnie wyglądający (na moje oko!) plan treningowy, założyłem stare buty, dresy i ruszyłem na trening o 22:00 – przecież nie ma co obciachu robić :))). Pierwszy trening to był trucht dwa razy po 10 minut – zasapałem się okrutnie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę jakoś mieć możliwość śledzenia moich postępów. Zanurzyłem się znowu w Internecie. Znalazłem najlepszy jak do tej pory (dla mnie) polski program o nazwie „Dziennik Treningowy”. Wtedy zdałem sobie sprawę, że pulsometr może także mi pomóc w monitorowaniu postępów. Zacząłem więc teraz biegać z pulsometrem, który miałem już wcześniej zakupiony na allegro za jakieś 30 PLN. Przestałem jednak wcześniej z niego korzystać, bo i tak nie bardzo rozumiałem co mi daje. Teraz jednak po lekturze internetowej wiedziałem już po co mi to :))) Na drugi trening wyciągnąłem kolegę, który też narzekał na nadwagę – teraz było już dużo lepiej: raźniej i było do kogo otworzyć gębę. Potem było już tylko pod górę, pomimo tego, ze co jakiś czas biegałem z kolegą, czasem z bratem. Zaczęły się klasyczne problemy, przez które chyba każdy biegacz musi przejść. W części sam sobie zrobiłem to „ku-ku”, bo zlekceważyłem plany treningowe. Chętnie więc podzielę się z Wami, czego na pewno nie wolno robić początkującym biegaczom. Pierwszy kardynalny błąd to nieprzestrzeganie planu trentowego. Mój dla przykładu przewidywał 3 treningi tygodniowo. Pierwszy tydzień mojego biegania zrobiłem 2 treningi – więc było ok. Drugi tydzień obejmował już 6 treningów w ciągu tygodnia!!! Wtedy wydawało mi się to niewinnym rozbieganiem, tak aby szybciej i lepiej sobie radzić z przyszłymi treningami. Na negatywne efekty nie trzeba było czekać długo: bolące ścięgna (nie jedno!), bóle kolana, zakwasy itd. Co gorsza: większość tych kontuzji po prostu traktowałem kolejnym biegiem i kolejnym treningiem a czasami nawet startami (troszkę później). W połowie września postanawiam kupić buty do biegania – swoje bóle zrzucam na niewłaściwie obuwie. Duża poprawa, choć bóle nie znikają. Ale trudno się dziwić: w 17 dni miałem tylko 5 dni wolnego! Bardzo nie rozważnie!!! Jako początkujący jednak nie kojarzyłem ilości treningów z bólami nóg. Następne tygodnie także były zbyt przeładowane: od 3 do 6 treningów (średnia: 5!). Najdłuższy trening miał 5km – zdawałoby się, że nie dużo. Ja natomiast już 7 października szarpnąłem się na Run Warsaw. W planach miałem trasę 5km, bo noga cały czas dokuczała, ale oczywiście ambicje mnie przerosły i poleciałem na 10km – do mety dobiegłem, ale już dobrze kuśtykając – w ten sposób tylko pogorszyłem sobie i tak już zmęczone nogi! Czyż nie głupota?... Przez cały październik w dzienniczku czytam: a to boli ścięgno, a to boli staw skokowy, a to kolano… Z końcem miesiąca jednak waga pokazuje już tylko 97kg! To dodaje mi skrzydeł i odbiera rozum. Po raz pierwszy zaczynam odczuwać prawe kolano (jak się później okazało: pasmo piszczelowo-biodrowe). W październiku także dokonuję próby na 1000m – czas wychodzi mi tak katastrofalny, że uznaję, że brat nie umie dobrze się obchodzić z moim zegarkiem. Dziś sądzę, że jednak to ja słabo pobiegłem :))) Pod koniec października zakupiłem pulsometr nowszy: SIGMA PC15 (opisuję go na blogu dość szczegółowo). Od tej chwili mam dobrze zakłamane czasy, co niechcący przyśpiesza moje treningi –to nie wpływa zbyt dobrze na moje kontuzje. Gdy to zauważam kupuję od razu drugi, lepszy: Polara RS200 (ale zakup nastąpił już pod koniec listopada. Listopad jeszcze bardziej kontuzyjny: skręcona prawa noga – ale z tego szybko się wylizałem. Nadal „napieram” na treningi, czyli średnio 4 razy w tygodniu (jeden z tygodni blisko 40km wybiegałem!!!). Czasami pęcherze na nogach. Niektóre treningi traktuję jak zawody – oby zrobić rekord (!?). Nadal mało składnie i zdecydowanie lekkomyślnie. Listopad był jednak przełomowy w bieganiu: po raz pierwszy rozpocząłem treningi z ludźmi (poznanymi na MaratonyPolskie.PL oraz biegajznami.pl), zacząłem prowadzić bloga – na początku jako dodatkowy dzienniczek dla mnie, abym mógł kiedyś popatrzeć na to i wskazać gdzie popełniłem błędy. Swoją nową pasją zaczynam zarażać innych kolegów – to zaczyna robić się nawet sympatyczne :))). W listopadzie napisałem także swój pierwszy artykuł biegacki o sprzęcie. Na początku piszę go ku przestrodze dla innych, ale potem odkrywam, że moje podejście do tematu podoba się innym i w ten sposób podchodzę do pisania kolejnych artykułów. W grudniu pojawiają się przebłyski zdrowego rozsądku – są jednak podyktowane brakiem motywacji. Wprawdzie dokonuję małego resume, ale gdy czytam to dzisiaj, to muszę przyznać, że to był tylko promyk mądrości – daleko mu było do blasku. Dla mnie jest już jednak troszkę za późno- ostatecznie wybijam się z regularnego biegania: kontuzja pasma biodrowo-piszczelowego. Sprawia, że gdy przekraczam 4-ty kilometr to zaczyna się dramat i muszę przejść do marszu. Z tym męczę się połowę grudnia, styczeń (5 treningów w miesiącu!). A na koniec bardzo paskudnie skręcam lewą nogę: zerwane 2 wiązadła i zmiażdżone jedno wielkie. Obywa się wprawdzie bez pęknięć czy złamań, ale to mnie wyłącza z biegania aż do połowy kwietnia – tu zaczynam biegać do 3 razy w tygodniu do 15 minut – super wolnym truchtem – czyli nauka biegania od zera. W styczniu wybrałem się do lekarza ortopedy (ciekawe za co dostał ten tytuł!?). Zaproponował zmianę sportu – też mi lekarz od siedmiu boleści! Zrozumiałem jednak ,że moim problemem może być brak dobrych rozgrzewek. Przeszukiwanie Internetu na okoliczność ćwiczeń rozciągających pasmo biodrowo-piszczelowe nie było łatwe. Zajęło mi to wiele czasu, aby coś znaleźć i tak nie dawało od razu efektu – wtedy jeszcze nie rozumiałem dlaczego. W ten sposób zaczął się w moim życiu zupełnie nowy etap. Dłuuuuga przerwa w bieganiu, ba! Nawet chodzeniu. Nie zmarnowałem jednak tego czasu. Wraz z bardzo dobrą opieką rehabilitacyjną nauczyłem się bardzo wielu oczywistych rzeczy, które do tej pory skutecznie olewałem. To, że rozgrzewka przed i rozciąganie po są ważniejsze niż sam bieg – to przewartościowanie najtrudniej mi przyszło. W międzyczasie jednak wpadła mi w ręce książki Streching do A do Z – to mnie przekonało już na dobre, zaś sam streching stał się nieodzowną częścią mojej rozgrzewki i ćwiczeń. Już po 2 miesiącach zauważyłem, że jestem lepiej porozciągany i mniej mnie rzeczy boli – po prostu zacząłem czerpać radość z biegania. A przecież o to w tym chodzi! Nauczyłem się także pewnej pokory. To tak jak w górach – jeśli zlekceważysz góry, to Ci tak dokopią, że możesz je na zawsze znienawidzić. Nie trenuję więcej niż powinienem – przynajmniej na razie. Nie biegam więcej niż powinienem. Nie ścigam się, jeśli nie jestem w pełni sił, lub cokolwiek mnie boli. Słowem: przede wszystkim szacunek do własnego ciała – to ono nas niesie przez każdy kilometr naszej trasy. A jeżeli jakiegoś biegu nie ukończymy, to przecież świat będzie istniał dalej, nic się nie wydarzy. Zachowamy jednak więcej zdrowia dla siebie. Jak wyglądają teraz moje treningi? Jest to bardziej znormalizowane niż kiedyś. Dopiero teraz czuję, że wiem co robię (choć za rok pewnie i tak będę śmiał się z tych słów :))) ). Biegam max. 4 razy w tygodniu (jak się uda!). Gdy przepadnie mi trening nie rozpaczam, tylko idę na rower lub rolki (to bardzo ważne mieć coś alternatywnego i korzystać z tego!). Biegam wg planów. Robię raz w tygodniu przebieżki, aby ćwiczyć szybkość. Każdy bieg poprzedzam godzinną rozgrzewką, ćwiczeniami na moje stawy skokowe itp. Po biegu ok. 15-20 minut poświęcam jeszcze na rozciąganie. Przynajmniej raz w miesiącu jeżdżę ok. 50km na rowerze – jak się da to staram się jeszcze na tygodniu pojeździć. Włączyłem rolki jako rozrywkę i dodatkowy trening. Lepiej się „wsłuchuję” w moje ciało a streching jest jedną z ulubionych moich dyscyplin, chociaż znam go dość pobieżnie. Co więcej? Na treningach nie ścigam się. Staram się biegać w pierwszym zakresie – wtedy jest większe spalanie tkanki tłuszczonej a wybiegane kilometry i tak nie pójdą na marne. Gdy już startuję w zawodach potrafię odpuścić sobie jeśli jest taka potrzeba lub pomóc np. Bogusiowi w osiągnięciu jego celów – to czasami sprawia więcej satysfakcji niż kolejna Twoja życiówka. Słowem: nabrałem większego dystansu i spokoju biegania. Dzięki temu biegania dostarcza mi więcej radości i pozwala gubić kolejne kilogramy. A ile teraz ważę? Waga pokazuje 92 i coś po przecinku. To po przecinku już nie chcę pamiętać – jakoś to 92 wygląda wystarczająco sympatycznie :))) Czuję się coraz lepiej a pochlebstwa znajomych utwierdzają mnie, że to jest właśnie ten kierunek, i że są już efekty. Na moje oko jeszcze wiele pracy przede mną, ale jestem mądrzejszy już o jakiś rok: pośpiech jest złym doradcą! Wystarczy cierpliwość i systematyczność.

Brak komentarzy: