Po piątkowych łyżwach, które mnie siłowo zmasakrowały, w sobotę nawet nie myślałem o bieganiu. Zresztą dzień spędziłem z dziećmi, więc mieliśmy wystarczająco wypełniony dzień. Wieczorem zaś zmęczenie wzięło górę i zgasłem bardzo wcześnie.
Na niedzielę zaś byłem umówiony z kolegą na wybieganie powyżej 10km. Trzeba przyznać, że wyszło dużo więcej – czyli dobiegłem faktycznie dobrze zmęczony. Szczęśliwie dziś nic nie boli i czuję się bardzo ok. Kilometrów wyszło 14,5(!). Takie dystanse niestety jeszcze są troszkę poza moją siłą. Widać więc, że do półmaratonu jeszcze dużo treningów mnie czeka :) Pogoda jednak była bardzo ok. – wilgotno, dość ciepło (ok. 5-7 stopni) i lekko wiało (nie tak jak dziś w nocy i rano). Ostatecznie więc satysfakcja gwarantowana :).
A poniżej zrzut z naszych zmagań (choć bardziej chyba moich ;) ):
Blog o tym co sprawia, że znajduję pasję życia: rodzina, bieganie, góry, fotografia, rower ...
=== Robsik's Blog on WordPress ===
28 listopada 2011
24 listopada 2011
Bieganie bez oczu
Znowu w Kielcach. I właściwie nie ma w tym skargi, bo generalnie polubiłem to miejsce. Tyle, że takie wyjazdy sprawiają, że robią się dodatkowe zaległości. Staram się jednak, aby to nie były zaległości w treningach. Wprawdzie w środę rano miąłem się poderwać o 5:30, aby pobiegać ale zmęczenie było silniejsze – potrzebowałem snu i odpoczynku. Na trening wyszedłem więc wieczorem, po 20:00. Trasę sprawdziłem na mapie, więc wydawało się wszystko w porządku.
Niestety już pod koniec drugiego kilometra zaczęło się robić krucho – lat gęsty (mimo jesieni), brak księżyca i droga, która z asfaltówki przemieniała się w piaszczystą i nierówną. Bardzo szybko więc zrozumiałem, że brak czołówki to jeden z poważniejszych problemów mojego treningu. Wydawało mi się jednak, że jest już za późno na powrót i powinienem dać radę przyświecać sobie iPhone’em. Przełączyłem więc go na tryb najjaśniejszy i wyświecałem swoją drogę pod nogami. Trzeba przyznać, że ilość światła jakie daje ten wyświetlacz jest imponująca. Nie mogłem jednak nic dobrego powiedzieć o baterii. Około 3 km (bo telefon zdążył mi jeszcze powiedzieć, że przebiegłem 3km) przy baterii na poziomie 75% wyłączył się bez ostrzeżenia. Ciemność, która mnie ogarnęła już nie była tak miła a droga była już mocno piaszczysta. Przekonany, że to błąd aplikacji, włączyłem iPhone’a jeszcze raz. Niestety chwilę po „zalogowaniu” znowu się wyłączył. Czyli bateria po dwóch latach użytkowania niestety ma już swoją „wartość”. Czyli dobry kilometr biegłem zupełnie po ciemku, potykając się o korzenie, piasek, gałązki i doły/zaniżenia – modliłem się aby jeszcze nogi nie skręcić, bo to już byłaby kompletna porażka.
Trzeba było to jakoś przetrwać. Co gorsze: przez baterię iPhona, straciłem też możliwość podglądu mapy, więc biegłem już na wyczucie (nawet nie na pamięć!). Gdy dobiegłem do ulicy Biesak byłem przekonany, że już mam z górki – widoczne światła przy ulicy dawały w końcu super oświetlenie i nie wymagały dodatkowej latarki.
Nie ubiegłem jednak nawet 400 metrów, gdy napotkałem watahę 4-5 psów – trudno było ich doliczyć bo starałem się je ominąć drugą stroną ulicy. Gdy je zobaczyłem natychmiast ubezpieczyłem się w zestaw kamyków (troszkę większych, wyrwanych z szutrówki) i przeszedłem do marszu aby ich nie sprowokować. Walka z tak dużą ilością psów była raczej skazana na klęskę, a wracać swoją poprzednią trasą przez ciemny las nie była dla mnie opcją. Jeden nawet miał ochotę ruszyć w moim kierunku, ale gdy zobaczył, że się schylam (niby sięgając po kamień), zmienił kierunek swojej wycieczki poszedł precz.
Z kamieniami biegłem jeszcze przez dobrych kilka kilometrów – wolałem być zabezpieczone na wypadek innych przybłęd – na szczęście do samego hotelu miałem już spokój…
Niestety już pod koniec drugiego kilometra zaczęło się robić krucho – lat gęsty (mimo jesieni), brak księżyca i droga, która z asfaltówki przemieniała się w piaszczystą i nierówną. Bardzo szybko więc zrozumiałem, że brak czołówki to jeden z poważniejszych problemów mojego treningu. Wydawało mi się jednak, że jest już za późno na powrót i powinienem dać radę przyświecać sobie iPhone’em. Przełączyłem więc go na tryb najjaśniejszy i wyświecałem swoją drogę pod nogami. Trzeba przyznać, że ilość światła jakie daje ten wyświetlacz jest imponująca. Nie mogłem jednak nic dobrego powiedzieć o baterii. Około 3 km (bo telefon zdążył mi jeszcze powiedzieć, że przebiegłem 3km) przy baterii na poziomie 75% wyłączył się bez ostrzeżenia. Ciemność, która mnie ogarnęła już nie była tak miła a droga była już mocno piaszczysta. Przekonany, że to błąd aplikacji, włączyłem iPhone’a jeszcze raz. Niestety chwilę po „zalogowaniu” znowu się wyłączył. Czyli bateria po dwóch latach użytkowania niestety ma już swoją „wartość”. Czyli dobry kilometr biegłem zupełnie po ciemku, potykając się o korzenie, piasek, gałązki i doły/zaniżenia – modliłem się aby jeszcze nogi nie skręcić, bo to już byłaby kompletna porażka.
Trzeba było to jakoś przetrwać. Co gorsze: przez baterię iPhona, straciłem też możliwość podglądu mapy, więc biegłem już na wyczucie (nawet nie na pamięć!). Gdy dobiegłem do ulicy Biesak byłem przekonany, że już mam z górki – widoczne światła przy ulicy dawały w końcu super oświetlenie i nie wymagały dodatkowej latarki.
Nie ubiegłem jednak nawet 400 metrów, gdy napotkałem watahę 4-5 psów – trudno było ich doliczyć bo starałem się je ominąć drugą stroną ulicy. Gdy je zobaczyłem natychmiast ubezpieczyłem się w zestaw kamyków (troszkę większych, wyrwanych z szutrówki) i przeszedłem do marszu aby ich nie sprowokować. Walka z tak dużą ilością psów była raczej skazana na klęskę, a wracać swoją poprzednią trasą przez ciemny las nie była dla mnie opcją. Jeden nawet miał ochotę ruszyć w moim kierunku, ale gdy zobaczył, że się schylam (niby sięgając po kamień), zmienił kierunek swojej wycieczki poszedł precz.
Z kamieniami biegłem jeszcze przez dobrych kilka kilometrów – wolałem być zabezpieczone na wypadek innych przybłęd – na szczęście do samego hotelu miałem już spokój…
20 listopada 2011
Wybieganie i rowerowanie
Tydzień ciężki i pracowity, a właściwie ciężki, bo pracowity :) Przez to wszystko nawet nie bardzo było czasu i możliwości aby pobiegać. Weekend jednak nie chciałem odpuścić. Sobota była więc pod znakiem wybiegania. Dyszka w bardzo powolnym tempie dała mi ponad godzinę treningu. Już po zmierzchu więc o wolności biegania trudno mówić, za to śmiesznie wygląda trasa biegania:
Dziś natomiast miałem zaplanowane oddanie auta do mechanika – jedyne 60km ode mnie. Powrót oczywiście rowerem – trening musi być i najlepiej solidny. Tak też było. Tym razem wsparłem się jednak moim wiernym kibicem. Odpaliłem aplikację endomondo i on dzięki temu mógł widzieć mnie niemal on-line, gdzie jestem i jak jadę. Dzięki temu przeprowadził mnie przez tereny, których do końca nie znałem (już oczywiście telefonicznie). Z trasy wynika, że troszkę nakręciłem, ale dzięki temu trasa była czystą przyjemnością.
Pogoda dopisała – nawet słońce świeciło, cieplutko jak na tę porę roku. Przynajmniej do chwili słońce świeciło i nie znalazłem się w okolicach Wisły – tam już było chłodno i wilgotno. Końcówkę trasy więc raczej zmarzłem, pomimo dość mocnej jazdy. Najgorzej palce od nóg – niby wybrałem ciepłe skarpety ale i tak buty okazały się za słabe – mało ciepłe.
W domu więc szybko się wykąpałem, zjadłem i od razu z kocykiem do najbliższego kaloryfera – tak spędziliśmy ponad godzinę w objęciach :) Gdy się oderwałem, ciągle przygotowywałem sobie coś gorącego dopicia…
Ostatecznie jestem bardzo zadowolony – długa trasa, dobre tempo, i doskonale zmęczony – tak właśnie miało być. Mogło być jedno więcej przygód, ale może następnym razem coś się wymyśli :)
Poniżej prezentuję trasę przejazdu:
Dziś natomiast miałem zaplanowane oddanie auta do mechanika – jedyne 60km ode mnie. Powrót oczywiście rowerem – trening musi być i najlepiej solidny. Tak też było. Tym razem wsparłem się jednak moim wiernym kibicem. Odpaliłem aplikację endomondo i on dzięki temu mógł widzieć mnie niemal on-line, gdzie jestem i jak jadę. Dzięki temu przeprowadził mnie przez tereny, których do końca nie znałem (już oczywiście telefonicznie). Z trasy wynika, że troszkę nakręciłem, ale dzięki temu trasa była czystą przyjemnością.
Pogoda dopisała – nawet słońce świeciło, cieplutko jak na tę porę roku. Przynajmniej do chwili słońce świeciło i nie znalazłem się w okolicach Wisły – tam już było chłodno i wilgotno. Końcówkę trasy więc raczej zmarzłem, pomimo dość mocnej jazdy. Najgorzej palce od nóg – niby wybrałem ciepłe skarpety ale i tak buty okazały się za słabe – mało ciepłe.
W domu więc szybko się wykąpałem, zjadłem i od razu z kocykiem do najbliższego kaloryfera – tak spędziliśmy ponad godzinę w objęciach :) Gdy się oderwałem, ciągle przygotowywałem sobie coś gorącego dopicia…
Ostatecznie jestem bardzo zadowolony – długa trasa, dobre tempo, i doskonale zmęczony – tak właśnie miało być. Mogło być jedno więcej przygód, ale może następnym razem coś się wymyśli :)
Poniżej prezentuję trasę przejazdu:
13 listopada 2011
Rozbieganie i NIKONowanie
Dziś umówiłem się ze znajomym na poranne roztruchanie tych miejscowych zakwasów – jednak utrzymują się dłużej niż się spodziewałem, więc jednak tak lekko do końca nie było (co w zasadzie też było widać na fotkach). Spotkaliśmy się o 8:00, więc jak na niedzielę, to dość wcześnie :)
Pobiegaliśmy po lasku różnymi drogami broniąc się co chwila przed psami, których właściciele nie czuli się zobowiązani do trzymania tych potworów na krótkiej uwięzi. Ilość psów rosła w zastraszającym tempie i ANI JEDEN nie był na smyczy! Skończyło się to oczywiście telefonem do straży miejskiej – czy coś wskórali to już nie wiem, ale może jak wykona się kilka takich telefonów, to buractwo nauczy się, że prawo obowiązuje wszystkich…
Pomijając więc ten wieśniaczy temat biegało się sympatycznie – w grupie zawsze sympatyczniej i chętniej się biega. Zrobiłem więc w sumie ponad 6km – jeszcze tylko masaż jakiś i będzie cudnie ;)
I na koniec jeszcze jedna niespodzianka – zrobiłem małe podsumowanie NIKONowania tegorocznego i udostępniłem dla Waszych oczu:
12 listopada 2011
Rowerowe rozbieganie
Wczorajszy bieg udany – bez dwóch zdań. Dziś tylko punktowe i miejscowe zakwasy, które zniknęły, gdy poruszałem troszkę nogami (np. prowadząc to moje śpiące ciało do kuchni). Bez kontuzji, bez bólów – oby tak dalej :)
Dziś syn wymyślił wycieczkę rowerową -postanowił jednak poćwiczyć trochę, bo nadal chce zemną jeździć w maratonach MTB (rowerowe). Ostatecznie poszedł pograć w piłkę z kolegami (co i tak wyszło całkiem sporo godzin) a ja już przygotowany ruszyłem (jak zwykle) w samotny „rejs”.
Warunki dość trudne, bo temperatura bliska zeru i ten wietrzyk dawał wrażenie niezłego mrozu – dla mnie jednak jest to wyłącznie kwestią jak się ubrać a nie czy jeździć lub nie… Tak więc pojechałem. Mając na uwadze wczorajsze bieganie starałem się nie przekroczyć 20km – i to mi się nie do końca udało :) – zrobiłem 22km.
Ruszyłem do lasów legionowskich – dla kogoś kto chce ćwiczyć technikę jazdy do MTB to z pewnością dobry teren do takich treningów technicznych i siłowych. Dla zainteresowanych zamieszczam mapkę gdzie szalałem ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)