=== Robsik's Blog on WordPress ===

12 listopada 2011

Rowerowe rozbieganie


Wczorajszy bieg udany – bez dwóch zdań. Dziś tylko punktowe i miejscowe zakwasy, które zniknęły, gdy poruszałem troszkę nogami (np. prowadząc to moje śpiące ciało do kuchni). Bez kontuzji, bez bólów – oby tak dalej :)

Dziś syn wymyślił wycieczkę rowerową  -postanowił jednak poćwiczyć trochę, bo nadal chce zemną jeździć w maratonach MTB (rowerowe). Ostatecznie poszedł pograć w piłkę z kolegami (co i tak wyszło całkiem sporo godzin) a ja już przygotowany ruszyłem (jak zwykle) w samotny „rejs”.
Warunki dość trudne, bo temperatura bliska zeru i ten wietrzyk dawał wrażenie niezłego mrozu – dla mnie jednak jest to wyłącznie kwestią jak się ubrać a nie czy jeździć lub nie… Tak więc pojechałem. Mając na uwadze wczorajsze bieganie starałem się nie przekroczyć 20km – i to mi się nie do końca udało :) – zrobiłem 22km.

Ruszyłem do lasów legionowskich – dla kogoś kto chce ćwiczyć technikę jazdy do MTB to z pewnością dobry teren do takich treningów technicznych i siłowych. Dla zainteresowanych zamieszczam mapkę gdzie szalałem ;)

XXIII Bieg Niepodległości


To niezwykłe zestawienie: z jednej strony wymarzony i wręcz bajeczny Bieg Niepodległości, w słońcu, pięknej atmosferze z uczestnictwem wspaniałych kibiców a z drugiej strony zamieszki na taką skalę, jakiej ja już dawno u nas nie widziałem. Kwas na całej linii… a co ciekawsze nie bardzo wiadomo o co i za kogo… słowem: WSTYD.

Ja więc chętnie nie będę komentował zamieszek, a skupię się na tym pięknie przeżytym biegu. Zacznę wyjątkowo od końca: przebiegłem :) Wynik bez rewelacji bo 1h04’, więc tempo raczej spacerowe, choć na moje ostatnie bieganie to trzeba przyznać, że dość szybkie – taka magia biegania w tłumie, gdzie wyprzedzanie nigdy się nie kończy i dodaje sił więcej niż ich mamy :)

Po biegu mogłem niemal rękę podać panu marszałkowi, odebrałem piękny medal, coś do picia i koniecznie zupkę pomidorową – całkiem dobrą, choć znikła w ciągu kilkunastu sekund ;). Ale to techniczne bzdury, do których nie można było się przyczepić – chwała organizatorom :)

Ważniejsze jednak była atmosfera na trasie. Gdy przypomnę sobie pierwszy Bieg Niepodległości, w którym brałem udział to muszę przyznać, że ten był chyba najlepszy. Ani razu nie spotkałem się z niemiłą sytuacją na trasie (typu przepychanki, łokcie, kuksańce, marudzenie i kłótnie). Biegający zachowali się na wysokim poziomie dzięki czemu można było całą trasę przebiec z uśmiechem na twarzy – dziękuję biegającym!
Na trasie na ostatnich dwóch kilometrach spotkałem chyba najmłodszego zawodnika – wyglądał na 2 lata (najwyżej 2,5) – gdy zobaczył biegających to ruszył do boju z nimi i jako, że obserwowałem jakiś czas z dalszej odległości, to mogłem oszacować, że przebiegł z nami ponad 150 metrów! Zawodnik rośnie doskonały! :)

Bieg odbyłem wyjątkowo na luzaka – bez spinania się, bez zbędnej rywalizacji, uśmiechałem się do kibiców i im także biłem brawo w podziękowaniu za ich obecność i aktywność. Potraktowałem bieg jak trening i chyba po raz pierwszy dobrze mi z tym było :)

A jak już mowa o kibicach to nie mogę pominąć swoich znajomych, którzy zadbali o to abym nie czuł się samotny, choć przez swoje spacerowe tempo byłem zmuszony całość biec samotnie samodzielnie wraz z moimi słuchawkami. Zadbali o zapełnienie czasu tuż przed startem (z reguły ten fragment czasu, który dłuży się najmocniej) a także podczas biegu – dzwonili, kibicowali przez telefon a na koniec na ok. 9km zadbali o fotki jeszcze cieplejszy doping – wielkie ukłony dla nich i moje podziękowania! Zdjęcia oczywiście w galerii poniżej :)



No i na koniec najfajniejsze – kolega Boguś, który dopomógł w odebraniu wywalczonego cudem pakietu startowego, zadbał o bardzo informatyczny numer: 6464 – czyli jak to się śmiejemy u nas w branżowym środowisku: 2 x Core 64-bit – to całkiem silna jednostka przetwarzania danych :)))

Zdobycie pakietu wprawdzie otarło się o cud, jednak w tym przypadku za tym cudem stał człowiek – wielkie podziękowania dla pana Tadeusza Samul – to dzięki jego zaangażowaniu mogłem pobiec w tej przepięknej imprezie

10 listopada 2011

Kieleckie truchciki...


A ja znowu w Kielcach. I nie to, żeby mi się podobało – po prostu gdy tu jestem, to robota jakoś sama się nawarstwia…

Wczoraj  udało mi się jeszcze załatwić jedne z ostatnich numerów startowych na Bieg Niepodległości – tak, tak – postanowiłem po latach (ależ to brzmi!) wystartować w biegu. Dyszka nadal dla mnie jest dość dużym wyzwaniem i raczej zmaltretuje mnie to dość dobrze, ale córka bardzo chce abym przyniósł z biegania kolejny medal :)

Na tę okoliczność ostatnie dwa poranki (o 6:00 rano) wyskakiwałem do lasku nieopodal hotelu na bieganko – po ok. 4,5km. Tempo raczej mocniejsze niż zwykle ostatnio, ale tak zimny poranek potrafi wycisnąć nieco więcej motywacji do wcześniejszego zakończenia treningu ;).

Pierwszego dnia spotkałem o tej porze tylko faceta z puszką piwa (w sumie pora całkiem niezła na picie piwa – przynajmniej piwo nie ma szansy się zagrzać :) ). Drugiego poranka nawet biegacza(!), który pewnie z radością, że kogokolwiek widzi, pozdrowił jak należy – przesympatycznie :) Będę tu częściej wychodził na bieganie… 

... jeszcze aby ten internet był tu bardziej przyzwoity...

6 listopada 2011

S1 - dodatkowe testy


Po wczorajszym długim wybieganiu nie zauważyłem zakwasów. Dziś chciałem więc zrobić powtórkę z wczorajszego dnia – nie udało się. Zmęczenie nóg jednak odczułem dzisiaj: wiązadła nie tak dawno zerwane przy skręceniu nogi, kolana (chyba głównie pasmo, ale to się jeszcze okaże) i pośladki (oj przydałby się teraz dobry masaż pośladków :))) ). Na koniec jeszcze coś wlazło w plecy, więc niewykluczone, że będzie mnie czekać terapeutka od kręgosłupa – z tym jednak jeszcze poczekam – może żebro samo się odblokuje…
A pogoda? Znowu prześliczna! Dziś nawet wielu biegaczy spotkałem  i ku mojemu zdziwieniu wszyscy odpowiedzieli na pozdrowienia – ślicznie zapowiadający się dzień… prawdziwa polska złota jesień!

Ach! Byłbym zapomniał. Jeszcze dorzucę kilka uwag na temat pomiaru odległości. Tym razem wrzucam na tapetę ponownie mój Polar RS200 z czujnikiem S1. Ciągle nękany rozczarowaniem systemem Nike+ postanowiłem nieco mocniej protestować czujnik S1 – to przecież niewiarygodne, aby nie miał istotnych wad! I dziś znalazłem je! Więc jeszcze kilka słów o problemach z S1.
Gdy się tak biegnie bez słuchałem na uszach (co de facto jest dość rzadkim zjawiskiem!) to się odpowiednio więcej myśli, tudzież kombinuje. A ja dziś zacząłem kombinować czy faktycznie czujnik S1 działa trójwymiarowo, jak to kiedyś pisałem.

Teza nr 1: bieg bokiem powinien nadal mierzyć odległość.
Zaplanowałem więc sobie kilkadziesiąt metrów biegu bokiem na dwa sposoby: klasycznie, noga do nogi oraz przeplatanką, krzyżując nogi biegnąć bokiem. W obu przypadkach prędkość biegu spadła do zera.
Wnioski: Teza nieprawdziwa. Miernik S1 nie mierzy przebytego dystansu gdy jest utawiony bokiem do kierunku biegu.

Teza nr 2: bieg tyłem powinien nadal mierzyć odległość – przecież jest zgodny z osią biegu.
Zrobiłem więc test na 50m – bieg tyłem.  Efekt: brak pomiaru. Wprawdzie pomiar do zera spadał dość powoli, ale jednak gdy spadł do zera, to już nie pokazywał nic więcej.
Wnioski: Teza nieprawdziwa. Miernik S1 nie mierzy przebytego dystansu gdy jest ustawiony przeciwnie do kierunku biegu.

Wnioski ogólne: Jeśli w biegu przewidujemy coś więcej niż tylko zwykły bieg (bieg bokiem, tyłem itp.) to do dokładnego pomiaru pozostaje nam już tylko dobry sprzęt z czujnikiem GPS. Przy używaniu GPS jednak należy pamiętać, że nie zadziała poprawnie w tunelach lub innych zakrytych przed satelitami miejscach. Koniecznie należy także nadmienić, że sprzęt powinien mieć naprawdę dobry czujnik GPS – przeciwnym wypadku błędy obliczeń mogą zniweczyć nasze pomiary. 

5 listopada 2011

Jesienna dyszka


Dziś zmierzyłem się z dystansem 10km – po raz pierwszy od baaaardzo dawna. Przy tej pogodzie to nawet sympatycznie było. Zrobiłem to wprawdzie bez rozgrzewki, więc rozgrzewkę musiałem nadrobić podczas biegu. Dobiegłem i w sumie nic w tym nadzwyczajnego… no może poza trasa jaką wybrałem. Pełna różnych powierzchni: piasek, płyty, asfalt, chodnik, błoto, podbiegi i zbiegi, las i otwarta przestrzeń, nad wodą i daleka od wody a nawet leśna przełajówka.

To niezwykłe ile jeszcze życia w lesie. Widziałem jeszcze wiele gąsienic – chyba śpieszyły się do swoich zagubionych domków, widziałem nawet dzięcioła, który był zapracowany, że niemal ręką mogłem go zdjąć z drzewa… liści już na lekarstwo – przynajmniej tych drzewach. Drzewa łyse, aż przerażenie bierze. Choć nadal można spotkać drzewa, gdzie liście są zielone – już zwiotczałe po przymrozkach, jakby ktoś z nich powietrze spuścił – tak przedziwnie kontrastują z tymi żółciami i brązami liści, które wyścielały ścieżki i ukrywały różne niespodzianki i wystające korzenie… No może tylko jedno miejsce było pozbawione życia: pozostałości zająca… ładny musiał być…