=== Robsik's Blog on WordPress ===

2 sierpnia 2009

Znowu wycieczka rowerowa :)

Sobota była tak piękna, że aż trudno w to uwierzyć: słoneczna, upalna, pachnąca i sportowa. Dzień zacząłem jednak od wyspania się za cały pracujący tydzień. Zjadłem małe śniadanie, posiedziałem chwilkę przy kompie i o 11:00 ruszyłem na bieganie, po lekkiej rozgrzewce. W planach było zaledwie 4km, ale wydłużyłem sobie ten dystans ze względu na czwartkowy brak treningu (byłem we Wrocławiu). Ponieważ było super upalnie, słonecznie i pogoda raczej do leżenia i opalania się, więc od razu udałem się na wał – tam od wody zawsze troszkę chłodniej i czasami jakiś „wilgotny zefirek” zawieje od rzeki. Powietrze jednak stało, więc doświadczyłem zupełnie czegoś innego: potężny bukiet zapachów łąki, traw i polnych kwiatów. Był tak intensywny, że przez chwilę zastanawiałem się, czy to nie jest jeden z moim snów! Najbardziej pachniał chyba tymianek – co za zapach! Taki gęsty, wręcz oleisty, dostawał się nie tylko do nosa, ale czuć go było nawet w ustach! Cudnie!
Wydłużenie trasy nie było więc trudne – nie mogłem się nawąchać tych ciepłych i gęstych od upału zapachów. Gdy zbiegłem z wału aby pobiec inną drogą już po chwili żałowałem, że uciekłem od tych magicznych miejsc – ale nie lubię się wracać, więc biegłem dalej. Postanowiłem sobie za to, że jeszcze na rower wyjdę.
I tak przebiegłem ponad 7km w bardzo przyzwoitym tempie jak na taki upał. W domu zimny prysznic, hektolitry wody, pełne śniadanie i znowu chwila przy kompie – brat prosił o wybranie zdjęć, więc trzeba było pomóc :)))
Gdy się obrobiłem, spakowałem się i ruszyłem na wyprawę rowerową. Tak, tak – nie robiłem tego już długo, ale że rodzina chwilowo u teściów, to postanowiłem ten czas wykorzystać na odbycie trasy, która już od kilku miesięcy czeka na realizację: do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego a tam do Rezerwatu im. Króla Jana III Sobieskiego. Trasę opracowałem w oparciu o przewodnik Pascala – jak zwykle okazało się, że są to trasy dla hardcore’owców – ale o tym za chwilę.
Pierwsze kilkanaście kilometrów to zwykłe nudy – dla mnie, bo trasy Tarchomińskie już znam jak własną kieszeń. No, prawie – jak się okazało, tam gdzie budują most północny, zmieniło się na tyle, że trasa zrobiła się bardzo siłowa (nasyp wymaga niemałej siły przy wspinaniu, ale także przy wciągnięciu roweru na górę. Ponieważ budowa mostu północnego (którego nazwa jeszcze się waży) jest istotna dla większości mieszkańców Białołęki to wyciągam fotkę z placu budowy (pomimo soboty pracowali!):
Od Rowerowo do Wawra i Anina
Następny trudny fragment to miejsce remontu wiaduktu nad Kanałem Żerańskim – w zasadzie o pieszych i rowerach nie pomyślano. Niby jest przejście po wschodniej części wiaduktu, ale do przejścia tylko za dnia, bo porządnego chodnika już tam nie znajdziesz, a rowerze to można zapomnieć – przejechałem tam kiedyś (nawet 2 razy!), ale skończyło się to centrowaniem tylnego koła (grrr!). Tym razem pojechałem więc ulicą. I tu trzeba zaznaczyć, że uprzejmość kierowców wobec cyklistów nie zna granic – tego nie da się określić nawet chamstwem! Zresztą tego może dalej nie będę komentował, bo szkoda moich nerwów – i tak to nic nie zmieni…
A za kilkaset metrów kolejna trudna przeprawa: Jagielońska – chodniki są tak poniszczone i dziurawe, że jazda po kocich łbach jest bardziej przewidywalna niż korzystanie z tych chodników, które pewnie remontu nie widziały przynajmniej od czasów zmiany ustroju w państwie polskim. Znowu zdecydowałem się na jazdę ulicą. Tu jakoś było lepiej – czyżby chamscy kierowcy pojechali na Targówek na zakupy???
Potem droga z tyłu ZOO – tu chodnik jest lepszy niż ulica – jako kierowca odczuwam to dość dobitnie. Chodnik też ma już swoje lata, ale jak się spuści nieco z prędkości, to jest szansa, że przejedziemy tę drogę bez przygód. Dlatego też Pak Praski przywitałem z radością – szkoda, że taki mały. A za nim remontowana Aleja Solidarności – po przejściu dla pieszych zostało tylko wspomnienie. Przemierzyłem więc tę drogę jak pirat drogowy (bo ruch autobusowy został utrzymany!) i ruszyłem dalej.
Na Sierakowskiego trafiłem na światła, które świecą się krócej niż byłem wstanie przekroczyć skrzyżowanie(wtf?!). Gdy się połapałem, przerzuciłem się na przejście dla pieszych i to mnie uratowało. Na dwóch sygnalizacjach świetlnych straciłem jednak ponad 10 minut! Świetna organizacja!...
Chwilę potem odwiedziłem pomnik, który mijam już blisko od 10 lat i nigdy nie mam okazji aby przyjrzeć mu się z bliska. Z bliska wygląda na mocno radziecki – aż dziw, że jeszcze nikt go nie usunął. Mi osobiście się podoba – nawet jeśli jest radziecki lub choćby komunistyczny – pomniki są pamiątką nie tylko tej chlubnej historii i warto aby pozostały nie tylko w naszej pamięci – aby pewnych błędów historii nie powtarzać. A może ja po prostu za wiele wymagam?...
Potem chwila męki i byłem już raju, czyli w Parku Skaryszewskim. Już wiele wspomnień biegackich mnie z nim łączy, a trzeba przyznać, że latem jest przepiękny! Próbowałem to ująć aparatem fotograficznym, ale zdecydowanie mi się to nie udało.
Po tym odkryłem wspaniałą ścieżkę wzdłuż Kanału Wystawowego – niesamowite kilometry – aż trudno uwierzyć, że to nadal Warszawa. I do tego droga przez cały czas uregulowana: chodniki, ścieżki rowerowe, asfalt, płytki – po prostu miodzio!
I tak dojechałem do trasy siekierkowskiej, która przerwała (poprzez zaniedbania budowlane) szlak rowerowy, którym się cały czas poruszałem. Na odcinku ponad kilometra miałem istną szkołę przetrwania. Chaszcze wyższe ode mnie, a wśród nich pokrzywy (tak, tak – wyższe ode mnie!), osty i wiele innych, których nie znam, a które wyjątkowo dawały mi w kość. Prawie 100 metrów prowadziłem rower metodą udrażniania sobie drogi przy pomocy przedniego koła: kierownicę skręcałem o 90 stopni i posuwałem rower co kilka-kilkanaście centymetrów. W ten sposób udrożniłem sobie trochę drogę, ale na tym odcinku straciłem przeszło 20 minut. Potem tereny bagienne (dobrze, że było w miarę sucho!) wyłożone gałęziami, kłodami i innymi pomocami do chodzenia (ale na pewno nie do jeżdżenia!). Gdy wydostałem się już tych lasów/chaszczów to wyjechałem na drogę, gdzie o mały włos nie straciłem nie tylko opon ale i całych kół! Droga wyłożona tak dużym gruzem, że przypominało to raczej jazdę po górach skalistych aniżeli wycieczkę rowerową po Warszawie (to nadal Warszawa!). oto fotka tego fragmentu drogi:
Od Rowerowo do Wawra i Anina
Cała dalsza podróż przebiegła już bez większych przygód: Zastów, Wawer, Anin – zwykłe krążenie po ulicach a potem Mazowiecki Park Krajobrazowy. Trzeba przyznać, że ładny i do tego ze ścieżką zdrowia (zawsze marzyłem mieszkać blisko czegoś takiego), dużo ławek (choć wszystko wygląda jak zwykły gęsty las!), rezerwat ładnie ogrodzony – istne cudo. Niestety trasa dość lekko traktowała tę część podróży, więc opuściłem to miejsce wcześniej niż chciałem.
Potem dojechałem do Parku Mojej Matki – a tam też ścieżka zdrowia! Coraz bardziej podobają mi się te strony :))). Tam też złapała mnie godzina 17:00 – czyli godzina wybuchu Powstania Warszawskiego. Ja czciłem ten moment stojąc przy rowerze, a kilkanaście metrów dalej nasza kochana młodzież kończyła już nie pierwszą butelkę piwa.
Na Starym Wawrze zrobiłem sobie przerwę na mały posiłek a po nim ruszyłem do domu. Zmodyfikowałem jedynie trasę powrotną, tak aby nie wracać tą samą drogą – wybrałem drogę techniczną PKP, która zaczyna się przy Rondzie Starzyńskiego a kończy tuż przy Płochocińskiej. Niezwykle sympatyczny fragment trasy – tu spotkałem chyba najwięcej rowerzystów :)))
Całość wyszła 60km – zmęczenie tylko lekkie, ale zadowolenie duże. Choć trasa polecone przez przewodnik raczej marna. W skali 1-10 (gdzie 10 to najlepsza) oceniłbym tę trasę na jakieś 4 punkty. Oto więc zapis GPSu oraz album z fotkami:
Od Rowerowo do Wawra i Anina

26 lipca 2009

XIX Bieg Powstania Warszawskiego

I mamy znowu niedzielę – te wakacje wyjątkowo szybko uciekają mi między palcami. Ale to nie znaczy z kolei, że nic nie robię ;). Oto wczoraj pobiegłem w XIX Biegu Powstania Warszawskiego! Bardzo mocna strona historii Polaków, których kulis już zdążyłem nieco poznać. Czy to chluba? Historia chyba już osądziła, więc nie zamierzam podejmować tego tematu. Odwagę i bohaterstwo tych prostych Polaków postanowiłem jednak uczcić biegiem. Rok temu także byłem zapisany na ten bieg – niestety tego samego dnia tak zaszalałem na rowerze, że wieczorem nie mogłem już ruszyć na bieganie – taka chwilowa i uciążliwa kontuzja. W tym roku byłem ostrożniejszy i udało się pobiec – z czego bardzo byłem zadowolony. Poczytałem po biegu troszkę fora w temacie tej imprezy. Byłem zaskoczony opiniami ludzi – nadal zdarzają się tzw. mało zadowoleni. Skąd się bierze takie marudzenie? Przyjrzałem się „marudom” – okazało się, że to głównie „wyjadacze”. Można byłoby więc to określić czymś jak: „utrata radości biegania”? No może to nie do końca sprawiedliwe uogólnienie, ale człowiek zawsze chciałby jakoś to wszystko wytłumaczyć. Na co narzekali? A to że ich sprzęty pokazały inną długość trasy (więc pewnie była inna!), a to, że strzał startu był zbyt cichy (jakby to miało jakieś znaczenie w takim tłumie i przy chipowym pomiarze czasu), itd., itp. A ja? No tak – może rzeczywiście skupić się czasami na sobie i wnieść coś radosnego do nastroju takich imprez. Impreza była cudowna: doskonały nastrój, wspaniali goście, niezapomniane inscenizacje historyczne, niezwykła trasa (choć potrafiła miejscami dać w kość), super biegający (nie zdarzył mi się ani jeden incydent, które odnotowałem w zeszłym roku na Biegu Niepodległości) i dzielni kibice (a jest to ważne, bo wg mnie kibicem Polak nie potrafi być). Cóż więc w tym złego, że medal był oddalony 50m od mety? Cóż więc w tym istotnego, że trasa (być może) była dłuższa o 100 a może 200 metrów? Chodzi przecież o radość biegania, którą niektórzy z naszej braci, zaczynają chyba tracić. Dla mnie impreza była pierwsza klasa! Dzięki kulturze biegania i dopingowi wspaniałych kibiców, mimo tego, że ciągle jestem rekonwalescent, zrobiłem wspaniały czas: 52:28! Biegło się po prostu cudownie! Są pierwsze fotki z imprezy – niestety nie załapałem się na żadną. Wrzucam więc na razie do albumu fotki, które pokazują nastrój, jaki panował na imprezie, a z biegiem czasu będę dorzucał fotki, na których być może ktoś mnie złapał ;) Ale wrócę jeszcze raz do tematu „marudzenia”. Ostatnio miałem przyjemność (w tym jednak przypadku dość wątpliwą) przeczytać artykuł pana satyryka, który sam biega, więc wiele opisywanych artykułów jest z pozycji uczestnika biegów – to stwarza dość ciekawe efekty redaktorskie. W tym jednak artykule przyczepił się do tych wszystkich, którzy w różny sposób próbują uatrakcyjnić bieganie: flagi, przebrania lub inne pomysły, które bardzo łatwo wyróżniają się z tłumu. Pan satyryk skarcił tego typu postępowanie argumentując, że w ten sposób psują innym chęć rywalizacji. Czy słusznie? Wg mnie to kolejny biegacz rutyniarz, który zatracił już radość biegania (bo zawodowcem nigdy nie był i na pewno już nie będzie) – smutne, co?
Od XIX Bieg Powstania Warszawskiego

17 lipca 2009

Żywioły...

Dzisiejszy dzień sprawił, że coś się we mnie przełamało i muszę donieść o moich zmaganiach ostatnich dni. Niby nic wielkiego, a jednak czuję, że wspomnienie tych dni pozostanie w głowie na długo, długo… Przejdźmy więc do tzw. szybkiego „review”. Poniedziałek i wtorek – dni w miarę spokojne, choć pracowite (skróciłem tak mocno jak się tylko dało ;) ). Środa – przeprowadzka u klienta, o której dowiaduję się we wtorek. Trochę późno, ale z pomocą kolegi z firmy poszło gładko (dla mnie, oczywiście ;) ). To co tylko odczułem, to nogi – ponieważ winda woziła meble, to ja biegałem między piętrami (aż do 5-tego). Kilka godzin biegania po piętrach i wieczorem czułem jakbym zrobił dość ciężki trening! Oczywiście nie był to powód do marudzenia czy narzekania – w końcu zaliczyłem darmowy trening po schodach :))) Czwartek – udało się normalnie wrócić do domu, na co mój syn wyjątkowo się uciesznych – mieliśmy dokończyć robienie modelu plastikowego, którego dostał od mojego brata. W zasadzie model był już sklejony – pozostało nam tylko (lub aż!) nanieść naklejki wodne. Trzeba przyznać, że to nie lada wyzwanie. Dla osób, które pierwszy raz się stykają z tym typem naklejek to niemal zawsze jest porażka – trzeba nieco nauczyć się tego jak one zachowują się. Poniżej mogę więc zaprezentować wyniki naszej pracy (a jakże! Wspólnej pracy!).

Od Moje fascynacje
Od Moje fascynacje
A wieczorem trening. Piąteczka i cztery przebieżki. Tym razem z dziewczynami. One jednak zdecydowanie poza formą lub upał nadal odczuwalny o 22:00 dawał im się mocno we znaki. Skróciły nawet trasę! Ja zaś co chwilę odskakiwałem szybkim tempem a potem spokojnie (strasznie zadyszany!) wracałem do nich, do szeregu. Od połowy drogi w zasadzie już nic nie mówiły – dziwnie nienaturalna sytuacja :))) To potwierdzało tylko jak mocno są zmęczone. A ja? Mi to przyszło dość łatwo – chyba forma wraca! Zresztą pulsometr także mówi podobnie… Piątek – zapowiadał się spokojny dzień. Ale tak lekko nie było. Pojawiłem się w południe u klienta, gdzie chciałem napić się kawy ze znajomą. Niestety nie było jej. W pierwszej chwili od razu chciałem wracać, ale tych znajomych jest tam przecież więcej – kawę więc dostałem. Przy tej okazji mogłem obejrzeć w końcu na własne oczy telefon wyprodukowany przez Google - G1. Ciekawe cacko, choć odkąd znam iPoda i iPhone’a to trudno znaleźć nie-mułowaty telefon – ten także okazał się nieco ociężały. Telefon kupiony w Era – część z aplikacji jest tak zablokowana, że trzeba korzystać z Blueconnect’a – nawet gdy jest się połączonym przez WiFi! Co za złodzieje… Ale zostawmy tych, którymi brzydzę się już od wielu lat – w końcu nie to było treścią dnia dzisiejszego. Po kawie i zabawie z telefonem postanowiłem wybrać się na obiad do pobliskiej knajpy. Tak też i zrobiłem. Gdy jadłem obiad rozpadało się na dobre: zlewa, zwana „pompą”, grzmoty i błyskawice (wszystko bardzo blisko). Gdy zjadłem ulewa nadal zalewała świat. Odpaliłem więc iPod’a i poćwiczyłem trochę angielski. Po 30 minutach stwierdziłem, że nie mogę tu siedzieć całego dnia – nawet właściciel lokalu podśmiewał się, że tak długo jeszcze u nich nie siedziałem :))). Gdy wyszedłem na dwór, to zdębiałem: cała ulica i chodniki były całkowicie pod wodą, samochody zanurzone aż pod powozie i troszkę więcej a z nieba nadal lało się jakby komuś dno od wiaderka wypadło tam na górze. Przeskoczyłem więc po trawniki, który okazał się równie zdradliwy jak chodniki pod wodą. Kilka kroków i byłem na miejscu. Tam dowiedziałem się, że serwerownia zalana (jest w piwnicy). No ładnie! No i się zaczęło. Woda wzbierała dość szybko. Pierwszy rzut oka – mogłem jeszcze wejść w butach na obcasach (mam teraz dość wysokie podbicie), ale gdy zszedłem drugi raz, to już nie było mowy o wejściu w butach – wody było po kostki. A w serwerowni wiele sprzętów i innych pudeł – porządkowania i wynoszenia było na prawie 2 godziny na kilka osób. Cały ten czas spędziłem na bosaka – ciekawe czy nie złapię jakiegoś grzyba, ech… Był moment, w którym trudno było przewidzieć jak wysoko pójdzie woda – padła nawet decyzja o rozłączeniu sprzętu – aby nie doszło do zwarcia lub porażenia przez wodę. Ostatecznie jednak podłączyłem wszystko z powrotem, tylko poustawiałem newralgiczne rzeczy wysoko. Po co? A bo jutro zapowiada się jeszcze większa pompa! Może się wiec zdarzyć, że jutro będzie powtórka z „rozrywki”. Słowem: znowu się zmachałem i nanosiłem!

13 lipca 2009

Rowerowo i biegowo :)

Jak ten czas ucieka! Czasami tego nie widzimy, ale gdy spojrzę na bloga i ilość wpisów przypadających na tydzień, to nie da się ukryć: czas przecieka nam między palcami. Chociaż z drugiej strony może tak źle nie jest? Przez cały tydzień goście w domu. Na tygodniu za często to się nie widziałem z nimi, bo w firmie zakończenie poprzedniego miesiąca, kolega na urlop itd. W czwartek jedno udało mi się wyciągnąć koleżankę na trening – ona oczywiście na rowerze :))). Zdecydowanie sympatycznie mieć kogoś do pogadania – nawet na rowerze. W sobotę wieczorem także wyciągnąłem ją na mój trening (już było po 23:00!). Miała nieco trudniejsze zadanie, bo był to trening interwałowy – uciekałem więc jej co jakiś czas. Nadrobić jednak taką ucieczkę na rowerze to, jak się okazało, pryszcz :))). Ja się zmęczyłem natomiast solidnie. Zanim jednak doszło do treningu, to popołudnie (bo przedpołudnie znowu na pracy spędziłem) spędziłem z gośćmi pokazując im Warszawę. Najpierw przejechaliśmy się metrem, potem poszliśmy pocałować klamkę Muzem Techniki (czynne do 17:00!!! Co to za godzina?!?!?!), a następnie pospacerować po starówce. Tam przywitaliśmy się z Syrenką i sprawdziliśmy, czy jacyś wandale znowu coś jej nie zrobili, odwiedziliśmy Zygmunta, popatrzyliśmy na Zamek Królewski (bo o tej porze to już nie ma mowy o zwiedzaniu – ciekawe dlaczego Polacy tak narzekają na turystykę, co???), obejrzeliśmy chyba z milion różnych ślubów, kupiliśmy chleb po okazyjnej cenie 10 PLN (w zasadzie to pół chleba za tę kwotę!) i wreszcie wróciliśmy do domu, bo młodsza brać koniecznie chciała już na plac zabaw. Zastanawiam się, czy te zwiedzanie raczej nie dla dorosłych było?... Niedziela miała być jeszcze lepsza. W planach Muzeum Polskiej Techniki Wojskowej (czy coś takiego), które mieści się przy ulicy Powsińskiej. Szukając godzin otwarcia, znalazłem notatkę, że muzeum zamknięte do odwołania (czyli pewnie na zawsze – bo moje dzieci zdążą tak wyrosnąć, że nie będą myślały o takich bzdurach). Plan więc runął w gruzach. Chłopaki jednak mieli obiecaną wycieczkę rowerową. U nas to już standard, że jedzie się do pól golfowych, aby przywieźć kilka piłeczek :))). Trasa jednak jest wyznaczona na 25km i miałem wątpliwości, czy wszyscy dadzą radę – zapewnili, że tak. No to ruszamy! Ponieważ pozostał taki niedosyt tych zamkniętych muzeów, to postanowiłem, że wydłużymy delikatnie trasę, aby odwiedzić jeszcze to złomowisko-muzeum, które zlokalizowane jest nieopodal mnie – zawsze dzieciarnia będzie mogła zobaczyć jakiś czołg lub wóz bojowy. Pogoda dopisywała nam prawie do końca. Już na ostatnich dwóch kilometrach delikatnie pokropiło, ale wszystko w normie. Piłeczki oczywiście przywieźliśmy, czołgi odwiedziliśmy i wszyscy byli zadowoleni! Mój chłopak zrobił więc nowy rekord swojego dystansu: 27km! I dużo wskazuje na to, że do 30km jeszcze dałby radę. Ale to sprawdzimy następnym razem :))) Korzystając z ładnej pogody, zdjąłem koszulkę i opaliłem sobie troszkę ramiona i plecy – w końcu nie będę wyglądał jak młynarz. A że co chwila słońce zachodziło za wielkie kumulusy, to nawet się nie spiekłem ;))) Wieczorem dowiedziałem się, że żona spotkała kolegę, z którym w zeszłym roku trochę pojeździłem na wycieczki. Powiedziała mu, że pociągnąłem dzieci na przejażdżkę rowerową na 27km. On skwitował to tylko jednym zdaniem: „Tak, tak. Z nim nie jeździ się na 3-5km wycieczki – wiem to, bo już z nim jeździłem!”. Tak, to jest chyba sedno mojego rowerowania: szkoda wyciągać rower tylko na 5 minut jazdy :))) Ok., poniżej mapka naszej trasy (jak wejdziecie w tę mapkę, to jest zaznaczone miejsce, gdzie są te sprzęty wojskowe), a poniżej link do albumu ze zdjęciami z ostatnich moich wypraw. Fotki: http://picasaweb.google.com/robsik/RajszewoISprzetaWojskowe# Uzupełnienie (dodatkowe fotki): http://picasaweb.google.com/robsik/PierwszaWycieczkaRowerowaW2009# A biegowo? Jest lepiej, chociaż cały czas jakoś odczuwam nie tyle pasmo co biodro. I jest to na pewno problem jakiegoś mięśnia. Ostatni tydzień zamknąłem dystansem ponad 25km – czy to dużo? Oczywiście, że nie. Dla mnie jednak jest to krok milowy. Abyście mogli zrozumieć dlaczego to podam tylko dwa fakty: - ostatnio tak duży (jak dla mnie na razie!) dystans (tygodniowy) miałem w połowie marca, - przedostatni taki duży dystans – pod koniec stycznia. Słowem: słabo mi się biega w tym roku – to nie mój czas. Ale spróbujemy utrzymać te treningi, dorzucić trochę ćwiczeń wzmacniających pośladki i biodra i zobaczymy co z tego dalej wyniknie.

7 lipca 2009

Przegląd tygodnia

A teraz coś z zupełnie innej beczki (jak zwykł mawiać Monty Python): dziś pisanie bloga z mobilnego urządzenia, tym razem iPod Touch :)

Znowu tydzień uciekł tak szybko, że nim się obejrzałem było już po wszystkim. Tydzień ten pozbawił mnie tez aż dwóch treningów, czego jestem wybitnie niezadowolony. Na szczęście w weekend pobiegalem sobie. W niedzielę znowu z chłopakiem - oczywiście on na rowerze :) Zrobiliśmy ponad 8km ale on stwierdził tylko: eeetam, mało jakoś, nie zmęczyłem się nawet! Na co ja wydyszałem: a ja owszem :))

Bieganie z rana ma jeszcze jedną zaletę, której wcześniej nie zauważyłem: przepięknie pachną łąki. Te kwiaty tez zupełnie inaczej wyglądają - są zdecydowanie piękniejsze :) przynajmniej na początku treningu jeszcze to dostrzegałem, bo potem wzrokiem szukałem już tylko domu ;)) A co poza tym? Odnalazłem jeszcze kilkanaście słuchowisk Radiowego Teatru Sensacji (RTS). W końcu mogłem zaspokoić swój głód, który trawił mnie już kilka tygodni. Oczywiście wszystko już przesłuchane, na jakiś czas mi wystarczy :))

Posiedziałem tez nad zgromadzeniem kursów angielskiego BBC. Grzecznie wrzuciłem na www.chomikuj.Pl/robsik1 oraz na iPoda. Trzeba przyznać, że bardzo fajnie zrobione i sympatycznie się z tego korzysta. Ja zacząłem od "A Phrase A Minute" - trochę proste jak dla mnie, ale za to łatwiej jest mi osłuchać się tego języka. Poza tym te prostsze bez problemu mogę poćwiczyć siedząc za kółkiem. Słowem polecam.

A teraz może o planach, bo wróciłem w końcu do modelu szybowca, który zacząłem bardzo dawno temu. Polakierowałem już ożebrowanie skrzydeł i spróbuje w tym tygodniu okleić centroplat - choć najgorsza robota to przygotować deseczkę do przytrzymania skrzydła po oklejeniu, aby się nie zwichrowało. Oczywiście pochwalę się jeśli mi ładnie wyjdzie ;))