No tak – rzeczywiście dawno nie chorowałem. Ale takie oczekiwanie na chorobę, też kiedyś się kończy. Zaatakowała mnie angina (nie pamiętam nawet, kiedy chorowałem na to dziadostwo!). Prawdopodobnie żona przyniosła gdzieś z przychodni – ale to jest już mniej ważne. Wczoraj walczyłem z gorączką bliską 39 stopni! Czułem się wyjątkowo słabo. Ciekawostką jest, że ostatnią swoją chorobę także przechodziłem w Poniatowej. Czyżby to miała być jakaś nowa tradycja? Mam nadzieję, że nie. Zabrałem ze sobą masę sprzętu do biegania – do wybiegania było w sumie ponad 20km, a ja przeleżałem dwa dni w łóżku. Dziś podała mi żona mocniejszy antybiotyk i dzięki temu wieczorem stoję już na nogach i to w dodatku w Warszawie.
Nadchodzący tydzień mam więc bez biegania – dziewczyny pewnie się zmartwią, ale dzięki temu, że mają siebie, to nie powinny odpuścić treningu. Ja zaś będę się kurował. Jak nadal mi tak będą kilometry uciekać to nie pobiegnę ani w Wiązownie ani Warszawskim Półmaratonie…
Blog o tym co sprawia, że znajduję pasję życia: rodzina, bieganie, góry, fotografia, rower ...
=== Robsik's Blog on WordPress ===
8 lutego 2009
6 lutego 2009
Blog Roku 2008
Chociaż wczoraj biegałem z dziewczynami, poza tym faktem w zasadzie nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Dlatego też dziś postanowiłem dokonać małego podsumowania konkursu Blog Roku 2008 i Waszego wsparcia, jakie od Was otrzymałem. A było nie małe!
Konkurs składał się z trzech etapów. Pierwszy etap to był etap zgłoszeń i weryfikacji. Ten było bardzo łatwo przejść, bo wystarczyło nie mieć nieodpowiednich treści na stronie.
Drugi etap polegał na głosowaniu na bloga przez czytelników i sympatyków danego bloga. I tu pojawiał się już problem, polegający na tym, że konkurs sam w sobie nie popularyzował zgromadzonych blogów, a jedynie określał ilość czytelników. Czyli w drugim etapie wygrywały blogi przede wszystkim te najbardziej poczytne. Czy nie wystarczyłoby więc po prostu sprawdzić statystyki poszczególnych stron przy pomocy np. wklejenia odpowiedniego kodu licznika, którym nawet komisja mogłaby zarządzać? Pewnie tak –ale wtedy pewnie nie zarobiliby na SMSach. Wprawdzie wprowadzili ograniczenie polegające na jednym głosie na blog z danego telefonu, ale przy takiej ilości blogów na pewno wyszła niezła sumka. Generalnie nie przejąłem się, że nie wygrałem – zasadniczo nie o to chodziło (zresztą wiem już jak to jest z wygranymi konkursami!). Bardziej zależało mi dotrzeć do większej rzeszy czytelników biegających. Widać jednak, że ten konkurs nie był obliczony na takie działania.
I to jest to miejsce, gdzie chciałbym wszystkim głosującym na ten blog gorąco podziękować. Szczerze mówiąc nie liczyłem aż na tak duży odzew – to miłe i zobowiązujące jednocześnie. Dzięki Wam znalazłem się na ok. 70 miejscu w swojej kategorii, która liczyła blisko 1000 (!) innych konkurencyjnych.
Do trzeciego etapu przechodziło 10 blogów z danej kategorii. Biorąc pod uwagę, że wszystkich zgłoszonych blogów było ponad 9 tys. to raczej słaby pomysł. Jury musiało więc wybrać dobry blog spośród najbardziej popularnych (poczytnych) blogów. Innym słowem: wybieramy najlepszego z tych najbardziej komercyjnych :) (no może trochę przesadziłem, ale wiadomo o co chodzi).
Czy takie właśnie zasady nie przeczą idei bloga? Chyba już trochę tak. Osobiście jednak cieszę z udziału w tym konkursie. Miałem okazję znowu przekonać się, że to co tu wypisuję czasami trafia do Was i nie jest to stracony czas.
Dziękuję Wam wszystkim!
3 lutego 2009
Biegający kontra psy!
Rozjechały się nieco moje treningi. Wczoraj nie biegałem z powodu sobotniego biegu – nogi nadal odczuwały bieg po lodzi – słowem: zakwasy! Aby za dużo nie tracić stwierdziłem, że pobiegam w poniedziałek. Ale im bliżej końca poniedziałku było, tym więcej spraw się nakładało i w zasadzie poddałem się. O 22:30 jednak zebrałem się w garść, zrobiłem sobie rozgrzewkę i po 23:00 ruszyłem na rozruszanie obolałych nóg.
Tego mi trzeba było! Nogi od razu odetchnęły. Zrobiłem więc 6km i spokojnie (tym razem bez przebieżek) wróciłem do domu.
Był to bieg, gdy byłem już tylko krok od użycia gazu pieprzowego. Oczywiście nie chodziło o człowieka, lecz o wielkiego psa (chyba jakich owczarko-podobny). W okolicy nie widziałem jego pana, a on wyraźnie było zaniepokojony moją osobą. Tak uważnie mnie obserwował, że mało nie potrącił go samochód – tak próbował mnie łukiem omijać. Jego niepewność natychmiast obudziła we mnie nieufność i już 30m od niego miałem przygotowany gaz w ręku. Ale nie tylko: miałem już określoną siłę i kierunek wiatru, rozpoznany teren, aby wiedzieć jak robić unik, aby ustawić się nie pod wiatr, jak i szybko ocenione maiłem przeszkody, jakie ewentualnie mogły mi przeszkodzić w ewentualnej akcji zaczepno-obronnej.
Mimo wielkiego napięcia, żaden z nas nie pękł i obyło się bez rozlewu krwi.
2 lutego 2009
Nuroligwistyczne manipulacje w mediach
No w końcu znalazłem. Doskonały przykład jak jesteśmy manipulowani telewizją, radiem czy prasą. Każde z tych mediów stosuje różne techniki, ale wszystkie można określić jednym mianem: MANIPULACJA. Aby zrozumieć te wszystkie zawiłości warto zwrócić swoją uwagę na NLP. Miałem przyjemność brać udział w całym cyklu szkoleń prowadzonych tą metodą przez doskonałych trenerów z Lublina. Do niedawna była to wręcz wiedza tajemna, którą można było nabyć za niebagatelne kwoty w formie szkoleń. Szkolenia w zasadzie nadal są szaleńczo drogie, ale pojawia się coraz więcej publikacji i coraz więcej trenerów prezentuje swoją wiedzę powszechnie – dla szarych obywateli. Faktem jest, że nie do wszystkich to przemówi, ale ktoś kto choć trochę czuje bluesa natychmiast załapie co się tu dzieje wokół nas.
Aby to rozjaśnić zaprezentuję wstrząsający nieco materiał pokazujący pseudo-wywiad w telewizji Fox News. Doskonała analiza wywiadu, który trwa zaledwie 2 minuty! Polecam każdemu, komu miła jest wolność nie tylko słowa, ale i umysłu:
IV Bieg Wedla
Ależ ten weekend uciekł między palcami. Częściowo za sprawą tego nieszczęsnego sobotniego biegu. Dlaczego nieszczęsnego? Z domu wyjechałem o 10:30 a wróciłem już po 15:00 (!). Dodać należy, że bieg był w parku Skaryszewskim, czyli ok. 30-40 minut drogi od mojego domu. Organizacyjnie impreza więc do bani! Dobrze, że choć trochę znajomych było, to człowiek tak kompletnie nie zamarzł w oczekiwaniu na swój start.
Ale jak już narzekam to może od początku. Był to IV Bieg Wedla.
Biuro zawodów czynne do godziny 11:45 – trzeba więc być nieco wcześniej, aby załapać się na możliwość opłacenia biegu i otrzymanie pakietu startowego. Koszt biegu: 10 PLN. Pakiet startowy składał się z numerka startowego i czterech agrafek – pełen wypas! Przyjrzałem się sponsorom – w sumie na biednych nie trafiło, ale co tam. W końcu chodzi o to aby pobiegać.
Imprez przewidzianych na ten dzień było dość dużo: cztery dystanse biegackie oraz imprezy na orientacje. Bieg A miał określoną godzinę startu. Bieg B (5,41km) także (12:30!). Natomiast bieg C (czyli ten mój dystans: 9km) uzależniony był od zakończenia imprezy na dystansie B (!!!). To już mnie nieco zdziwiło, bo oznacza to pilnowanie swojej imprezy przez bliżej nie określony czas.
Bieg B zaczął się z opóźnieniem ponad 8 minut. Jak pogodę i warunki atmosferyczne to dość dużo. Zwłaszcza dla tych, co cały czas czekali na bieg C. Start był w dziwnym miejscu a gość z megafonem zupełnie niesłyszalny, przez co można było liczyć wyłącznie na efekt stadny: szło się tam, gdzie cała reszta. Na regulamin za bardzo nie można było liczyć (zbyt mało szczegółowo to opisane) a organizatorzy nie zawsze spójnie podawali informacje. Prowadziło to do sytuacji, że ci co chcieli pobiec na 9km bardzo musieli pilnować swojego biegu.
Regulamin mówił, że start biegu C określany jest na godzinę ok. 13:00. W praktyce oznaczało to 13:32! To 2,5 godziny od chwili pobrania pakietu startowego. Jak dla mnie to trochę już za długo było, bo atrakcji na oczekujących, poza kibicowaniem w zasadzie zupełnie nie było. Może innym to nie przeszkadzało, we mnie jednak wzbudziło niesmak.
Kolejny problem, które bardzo szybko doświadczyłem, to bardzo śliska nawierzchnia po której biegliśmy. Organizując taką imprezę (wielo-imprezę) organizatorzy mogli się postarać, aby główna alejka, po której się biegło, było solidnie posypana jakimś piaskiem. Efekt był więc taki, że każdy krok generował nową porcję adrenaliny – wszystko w obawie, że noga ucieknie i zdarzy się nieszczęście. U mnie minął dopiero rok od skręcenia nogi, więc obaw miałem całe 50 minut! I całe 50 minut rozczarowania organizatorami…
Trasa wg mojego polarka miała długość 9,41km. Nawet biorąc pod uwagę błąd urządzenia to wychodzi nadal za dużo. Miało być 9km – dla mnie może większej różnicy nie ma, choć lubię wiedzieć na jaki dystans „idę” jeszcze przed tym przedsięwzięciem.
Na mecie dostałem medal, pudełko ptasiego mleczka i dyplom. Teraz już wiedziałem za co płaciłem te wpisowe :))). Dyplom jednak był in-blanco. Wypisałem więc go wg swojego uznania (w galerii). A medal? Pierwsze i zarazem paskudne wrażenie: to pewnie robiły małe chińskie rączki i do tego wygląda jak plastikowa tandeta. Gdy się bierze do ręki, to od razu wiadomo: to nie jest plastik. Na odwrocie jednak widać jak byk: CHINA. Medal ma ciekawą lustrzaną powłokę, ale mimo to wygląda tandetnie i wygrywa tylko z pseudo-medalem z zeszłorocznej edycji Human Race.
No i na koniec dość dziwny przypadek organizatorski: Gdy ktoś pobiegł na więcej niż jednym dystansie, to przysługiwał mu tylko jeden pakiet, który rozdawali na mecie. Budziło to w wielu osobach duże zdziwienie i zarazem zaskoczenie. Można to było chyba lepiej opisać w regulaminie, aby robić takiej kiszki dopiero na mecie, gdzie każdy chce być jakoś wynagrodzony za włożony trud.
Generalnie więc organizację imprezy oceniam baaardzo nisko. Cieszę się jednak, ze mogłem się spotkać ze znajomymi i pobiegać w ich towarzystwie.
W galerii można już oglądac fotki z biegu (będzie jeszcze ich przybywać).
| Od IV Bieg Wedla |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
