=== Robsik's Blog on WordPress ===

5 listopada 2008

Rocznica blogowania!

I właściwie to już zbierałem się spać, gdy zdałem sobie sprawę, że dziś jest rocznica rozpoczęcia mojego blogowania! Muszę przyznać, że już dłuższy czas czekałem na ten dzień, choć jak zaczynałem, to zastanawiałem się, czy wytrwam chociaż jeden miesiąc! Blogowanie moje jednak wzięło się głównie z biegania. Zacząłem swoją walkę z bieganiem we wrześniu zeszłego roku i swoje postępy (czy też raczej trudy) dokumentowałem w Dzienniczku Treningowym. Okazało się jednak szybko, że miejsca na notatki jest tam bardzo mało. Nim wpadłem na rozwiązanie, to minął prawie miesiąc. Na początku blog zacząłem pisać na witrynie http://www.maratonypolskie.pl/ i do tego blog był wyłącznie prywatny. Potem zauważyłem, że ludzie chętnie dzielą swoimi doświadczeniami, a ja czytając je uczę się lepiej trenować. Wtedy odblokowałem się i otworzyłem na innych – może kiedyś ktoś też będzie mógł korzystać z moich doświadczeń?... Znowu po kilku tygodniach odkryłem, że blogownia w http://www.maratonypolskie.pl/ jest po prostu drętwa i dla mnie wystarczająca. Chciałem mieć możliwość większej kontroli formatu, zdjęć itd. Szukając nowego blogowiska ostatecznie osiadłem na BLOOG (czyli WP.PL). I tam chciałem całkowicie przenieść swojego bloga. Skopiowałem więc wszystkie posty i zostawiłem wiadomość na blogu poprzednim, że się przeprowadziłem. Niestety okazało się to niezbyt dobrym posunięciem – część osób skarżyła się, że wolała czytać właśnie tu. Od tej chwili prowadziłem więc 2 blogi jednocześnie, przy czym ten poza MaratonyPolskie zdecydowanie więcej postów miał i dotyczył również innych tematów niż tylko biegania. Po wielu miesiącach użytkowania BLOOG’a stwierdziłem, że częste awarie i ograniczone miejsce na fotki są dość uciążliwe (zacząłem już płacić, za dodatkowe miejsce!). Najdłuższe z awarii trwały prawie 3 dni! Dla mnie okazało się to zbyt długie. Podjąłem więc poszukiwania nowej platformy. Teraz chodziłem po blogowiskach i sprawdzałem statusy serwerów – jak długie awarie, jak szybko usuwane itd. Warunków szukania było więcej, ale ten był podstawowy. W ten sposób trafiłem do chyba największego bloogowiska: BLOGSPOT firmowany przez firmę Google. Pół miesiąca trwały pierwsze testy, potem pół miesiąca dostosowywanie i kopiowanie postów, albumów itp. W ten oto sposób na pierwszą rocznicę blogowania jestem w nowym mieszkanku i ogłaszam totalną parapetówę :)))) Z tej okazji wzniosłem dziś jeden wielki kieliszek cytrynówki (dzięki Grzesiu!). No i nie ukrywam, że jest to także dobry moment na podziękowanie Wam wszystkim, którzy przychodzicie tu i czytacie niekiedy „epopeje”, chcecie zostawiać swoje komentarza (są dla mnie na wagę złota!), wspieracie mnie (zwłaszcza gdy borykałem się z moją paskudną kontuzją) i sprawiacie, że chce się żyć – nie tylko biegać. Szczególne podziękowania składam zwłaszcza mojej rodzinie – za cierpliwość, wsparcie i miłość, bez której nie odnalazłbym żadnej z moich fascynacji. To właśnie dzięki mojej rodzinie mam fascynacje i mogę się nimi dzielić z innymi. Przy tej okazji dziękuję także tym, którzy są ze mną w tym co robię, choć z reguły nie mają czasu na czytanie moich „wypocin”, ale wiem, że dobrze mi życzą i dzielnie kibicują. I na samym końcu dziękuję wszystkim tym, z którymi mogę dzielić swoje fascynacje. Nie da się ich wszystkich wymienić, ale na pewno muszę wyróżnić takie osoby jak Boguś, Beauty&Beast, Miodzio, Jang, Dori, Asia, Runnerka24, Angouleme, Di a nawet Grześ i Ewa (to oni czasami potrafią dodać mi motywacji, która potrafi ulecieć w jednej chwili!). Dziękuję więc Wam wszystkim i mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na kolejny rok realizowania Moich Fascynacji.

4 listopada 2008

Brakuje ognia w lokomotywie?

Ech, ta jesień! Coraz mniej chęci i wigoru. Wysłałem dziś zaczepnego SMS’a do Grzesia i Ewy, czy biegają. Grześ się poddał a Ewa stanęła na wysokości zadania. Ja dziś wyjątkowo liczyłem na to, że ona też odpadnie i wtedy z czystym (prawie! :) ) sumieniem również sobie odpuszczę. Tak więc dziś pobiegłem w sumie dzięki Ewie. Mało tego! Dzięki niej puściłem też lotka! Nie to, że mam jakieś pewniaki, ale czasami trzeba dać szansę losowi aby miał przynajmniej możliwość zmiany mojego życia – nawet jeśli się to jeszcze dziś nie stanie :))) Niestety rozgrzewki dziś nie wiele było. To już nie dobrze – staje się to niemal reguła. Tłumaczę sobie, że to było kosztem dopieszczania dzieci, ale w długim okresie czasu może się to zemścić na mnie. Z Ewą jednakże pierwsze kółeczko (ok. 3km) kręcimy bardzo truchtem, potem sam odjeżdżam w tempie ciut poniżej 6:00 a potem nawet znalazły się siły na przebieżki, które mocno chciałem sobie dziś odpuścić (nie wiem skąd ta niechęć to treningów…?). Mimo więc tych wszystkich antypatycznym doznań jesiennych plan wykonałem w 100%. Wprawdzie przebieżki były wolniejsze nieco niż zwykle, ale przy tak słabej rozgrzewce nie chciałem się za mocno napinać – o kontuzję jest zbyt łatwo – ja to wiem… I na koniec ciekawostka z cyklu jak tłumaczy się z angielskiego na polski. Oto tekst oryginalny:

Recording can be set up to start by motion trigger, or by manual or scheduled recording. Playback is available on Windows Media Player with no need for a proprietary player

I oto co zostało po tłumaczeniu:

Nagrywanie może być uruchamiane przez wyzwalacz detekcji ruchu, ręcznie lub zaplanowane przez odtwarzacz Windows Media Player, bez konieczności używania firmowego odtwarzacza

Zaproszenie na XX Bieg Niepodległości

Drodzy Kibice! Po prawej stronie w menu jest „Kalendarz Imprez” i tam wpisany jest już XX Bieg Niepodległości. Można tam już sprawdzić szczegóły biegu, mapkę czas itd. Gorąco zapraszam wszystkim na tę imprezę – nikt nie będzie się nudził. W tym roku przypada okrągła rocznica, więc będzie masa imprez towarzyszących. Dla przykładu rok temu był pokaz militariów wzdłuż ulicy Nowy Świat, koncerty, spotkania i wiele innych. A tu publikuję mapę, aby każdy mógł wybrać sobie dogodne miejsce do kibicowania :)))

2 listopada 2008

Samotne wybieganie nie jest fajne?

No to dziś dałem sobie tak popalić, że po biegu ledwo powłóczę nogami! A zaczęło się od tego, że zapomniałem wczoraj się z kimś ustawić na wybieganie – tzn. aby ktoś ze mną pomknął rowerkiem. Oczywiście dzisiejsze telefony były w każdym z przypadków za późne, więc zostało mi przygotować się samotne bieganie. Ostatecznie pogodziłem się z tą myślą, bo i tak miałem testować plecaczek, który dostałem jako nagrodę. Plan więc był prosty: wybiegnąć muszę najpóźniej o godzinie 14:00, tak aby zaliczyć cały bieg za dnia (o 16:14 miał być zachód słońca). Wcześniej jednak rodzina wpadła na pomysł, aby pojeździć na rowerach – bo tak ciepło! Oczywiście już po pierwszym kilometrze trzeba było zweryfikować swoje przekonanie o pogodzie i wróciliśmy do domu cieplej ubrać dzieci. Następne 2,5km pokazały, że najmłodsze dziecko tak się nudzi na tym siedzisku, że zaczęło zasypiać. Znowu więc decyzja zapadła: wracamy! To wróciliśmy. Żona jednak została najmłodszą w domu, a ja z synem ruszyłem jeszcze pokręcić się po Tarchominie. Chłopak miał straszną ochotę pojeździć. Jeździliśmy więc po parkach i lasach – tam mniej wiało i było nieco cieplej. Ale rowerem objechaliśmy je prawie 3 razy i nam się znudziło. W ten sposób nakręciliśmy w sumie 15km – chłopak chyba miał już powoli dosyć :) Gdy wróciliśmy była już 13:30. Musiałem więc zweryfikować swoje plany, zwłaszcza, że na stół trafił obiad – a tego nie mogłem przepuścić. Oznaczało to nie tylko samotny trening, ale także trening z czołówką na głowie. W sumie to czemu nie? :))) Jednak im bliżej było wieczora (czytaj: zmierzchu), tym bardziej mnie ochota odchodziła. I tak o godzinie 17:00 zabrałem się za rozgrzewkę mocno wewnętrznie przymuszony. Aby lepiej mi to szło, to podczas rozgrzewki podzwoniłem po rodzinie – i tak jakoś czas szybciej minął – chęci jednak do biegania nie przybyło. Wybiegałem więc z domu bez radości a raczej z wewnętrznego przymusu: przecież to jest element przygotowania do półmaratonu – chyba jeden z tych ważniejszych! Swoje biegi zacząłem od odwiedzin cmentarza. Dziś fotki pstrykałem z Kodaka (tego nowego nabytka). Wyszły o niebo lepiej! Eksperymentowałem trochę, więc nie wszystkie wyszły, ale dzięki temu trochę poznałem o co tu chodzi :) Poniżej prezentuję fotkę – jak klikniecie na nią, to przeniesie Was do albumu zwiększą ilością próbek dzisiejszych:
Sam jednak bieg do cmentarza, choć było to zaledwie 2km z mały haczykiem, wydawał mi się już wiecznością. A gdzie jeszcze 16km??? Tak, na dziś plan zakładał 18km. Udane fotki wprawdzie podbudowały mnie na chwilę, ale to długo nie trwało. Zadzwoniłem więc do siostry, aby jakoś umilić sobie drogę, aby się z kimś zagadać na dłużej – jakość połączenia na głośnomówiącym jednak pozostawiała dużo do życzenia – wyszło niecałe 15 minut. Gdy więc po rozmowie okazało się, że nadal mam bardzo wiele do przebiegnięcia, to ponownie duch ze mnie uleciał. Brnąłem jednak dalej. Wbiegłem na tereny, gdzie bez czołówki można stracić nie tylko buty, nogi czy oczy, ale nawet nie bardzo wiadomo w którą stronę biec. Tam więc trudność terenu mnie troszkę zajęła. Ciekawostką jednak było to, że napotkałem tak kilka samochodów – ciekawe miejsce na schadzki samochodowe (jako, że w każdym były pary :) ). Gdy minąłem już ten trudny teren znowu nuda mnie dopadła – z jeszcze większym impetem. Już wtedy rozważałem, że biegnę prosto do domu i walę ten plan treningowy. Wtedy przypomniałem sobie, że mam przecież MP3 z trybem głośnomówiącym. To był strzał w dziesiątkę! Zrobiło się już nieco weselej, mniej nudno – choć ducha walki nie odnalazłem. Na 11-stym kilometrze postanowiłem zrobić mały przystanek, aby z plecaczka wyjąc piciu – jedną butelkę. Upiłem większy kawał, wrzuciłem plecaczek z powrotem na plecy i ruszyłem dalej. Świadomość jeszcze 7-miu kilometrów zaczynała mnie dobijać. Pomogło dopiero wtedy, gdy wróciłem między ludzi – na ulice. Tam spotkałem nawet dwóch biegaczy, którzy mnie pozdrowili – ten gest jakoś magicznie dodaje energii. Nagle odkryłem, że 5km (bo tyle wtedy jeszcze było do pokonania) to dla mnie przecież pryszcz! To nic, że miałem już za sobą 13km – piątka to pryszcz i już! I tak ostanie pięć kilometrów przebiegłem w bardzo przyzwoitym tempie nie marudząc już w duchu i dzielnie ukierunkowałem się na cel 18-tu kilometrów. Do domu jednak wróciłem bardzo zmęczony. Nogi mnie bolą jakbym z 25km zrobił. Być może też jest to wina tego rowerowania – 15km w końcu nie jest małym dystansem. A potem jeszcze 18 km biegiem. Ciekawy jestem czy nawiedzą mnie jutro zakwasy? Satysfakcja? Dziś zdecydowanie nie. Chyba i na mnie przychodzi przesilenie jesienne. Do tej pory broniłem się wściekle i skutecznie, ale coś mi się zdaje, że słabnę w tej walce. A może to tylko niezadowolenie, że musiałem dzisiejszy dystans przebiec samotnie?...

1 listopada 2008

Zaduszne bieganie

Dokładnie rok temu także zrobiłem sobie trening. Wtedy było to 5,66km dziś zaś 8km. Wtedy średnia była 6:21 (co zresztą uważałem, za niezły rezultat!) dziś 5:42 – i raczej się nie zmęczyłem. I choć liczby same mówią za siebie to nie one są najważniejsze. Czymś wspaniałym jest zajrzeć do pamiętnika (chociaż mój zaczyna się od 4.11) tudzież do dzienniczka treningowego i przyjrzeć się jak to było rok temu. I nie jest to sentyment czy żal za przemijającym czasem ale świadomość dorastania w swoim bieganiu. Można powiedzieć, że miałem wtedy zupełnie inna oczy – zupełnie inaczej biegałem, przez co zresztą dość często, gęsto borykałem się z kontuzjami (większymi lub mniejszymi). Dziś zdaję sobie sprawę jak daleką i trudną ścieżkę przeszedłem, ile doświadczenia zdobyłem i o ile mądrzejszy jestem. Tym samym uświadamia mnie to, że za rok będzie również inaczej i być może będę się śmiał ze swojej postawy, którą dziś prezentuję. To więc, czego najdłużej się uczymy w naszym życiu, to pokora. I tejże dziś chyba troszkę mi zabrakło, choć szczęśliwie nic się nie zdarzyło. Wszystko przez książkę – nie, że 1 listopada, czy takie tam – tak, przez książkę. W zasadzie nie byle jaką: Stephen King – Desperacja (oryginalny tytuł: Desperation). Dziś po tym jak uporządkowałem kilka tematów na komputerze, po tym jak zrobiliśmy całą rodziną 5,5 kilometrową wycieczkę/spacer na cmentarz, po tym jak zjadłem obiad a następnie się zdrzemnąłem, zabrałem się do czytania kończącej się już książki. A zostało mi zaledwie 100 stron. Przy tempie czytania, jakim ostatnio się charakteryzuję, to zapowiadało się jeszcze na tydzień czytania. Jednak jak to bywa u Kinga końcówka książki wciąga tak potwornie, że nawet chodzenie po bagnach jest niczym! No i zaczął się wyścig z czasem. Im mniej mi pozostawało kartek tym bardziej chciałem tę książkę skończyć jeszcze dziś! Z Grzesiem byłem już umówiony na 21:30 na bieganie, więc był to termin, który wyznaczał mi dead-line. Nie pomagało nawet tłumaczenie, że jak wrócę z biegania to doczytam – wiedziałem, że niedoczytanie książki sprawi, że może będzie mi się słabo biegało z tak pełną głową. Czy zdążyłem? W zasadzie tak i nie. Książkę faktycznie przeczytałem jeszcze przed godziną 21:30, ale niestety kosztem rozgrzewki. Biegnąc później nie mogłem się nadziwić, jak bardzo zostałem wchłonięty w książkę: pozwoliłem na prawie zupełny brak rozgrzewki! Samej rozgrzewki wyszło może 10 minut, gdzie jak poświęcam z reguły ok. godziny! Szczęśliwie nie miałem żadnych dolegliwości i chyba nic się z tego powodu nie zdarzyło – pominąć jedną rozgrzewkę to może jeszcze nie przestępstwo. Mam jednak coś w rodzaju wyrzutów sumienia… Dziś zrobiłem z Grzesiem najpierw 3km a potem pobiegłem w kierunku cmentarza. Postanowiłem sprawdzić swój telefon, jak robi fotki nocą. Takie święto jak 1 listopada jest idealną do tego okazją. Niestety okazuje się, że zdjęcia nocą to raczej pięta Achillesa tego aparatu. Te z bliska wyglądają ładnie, ale pozostałe… niestety słabo doświetlone. Prezentuję więc tylko jedną fotkę – reszta nie jest warta zachodu:

No i na koniec jeszcze małe news’y o nagrodach z Pascal’a. Nagrody przyszły. Voucher już w rękach nowego właściciela, więc ten temat mam z głowy. Przysłali jeszcze dwa plecaki rowerowe (dość małe, bo zaledwie 15l całkowitej pojemności) oraz dwie pary rękawiczek. Jak się łatwo domyśleć, nikt nie pytał mnie o rozmiar, więc ani jednak, ani druga para rękawiczek nie pasuje na mnie! Nie ma to jak praktyczne nagrody, co?! No i na koniec zupełnie szalona informacja: tylko moje nagroda zawierała jedną dobę hotelową w hotelu, jako „weekend w hotelu”! Trafiłem więc chyba na najbardziej chałową nagrodę jaką mogłem od nich dostać! Pascal oczywiście wmawia mi, że jestem malkontent, ale po tylu tygodniach przyglądania się temu wszystkiemu wiem, że to kolejna ściema z ich strony. Szkoda – miałem o nich naprawdę dobre zdanie…