=== Robsik's Blog on WordPress ===

10 lipca 2008

Wyciskacz łez...

No i sprowokowała mnie w końcu Dori, aby umieścić tu przynajmniej część muzy, która wyrywa z korzeniami i porywa za każdym razem w inny fragment globu ziemskiego. Nie będę tu już wywlekał co mi tam w duszy gra, bo i tak każdy inaczej pochłania muzykę. Dorzucam więc dla ułatwienia tekst piosenki, bez którego ta by nie istniała:

Within Temptation - Our_farewell Within Temptation - Our Farewell

Within Temptation - Our Farewell In my hands A legacy of memories I can hear you say my name I can almost see your smile Feel the warmth of your embrace But there is nothing but silence now Around the one I loved Is this our farewell? Sweet darling you worry too much, my child See the sadness in your eyes You are not alone in life Although you might think that you are Never thought This day would come so soon We had no time to say goodbye How can the world just carry on? I feel so lost when you are not by my side But there's nothing but silence now Around the one I loved Is this our farewell? So sorry your world is tumbling down I will watch you through these nights Rest your head and go to sleep Because my child, this not our farewell. This is not our farewell.

Nowe buty

Kolejne zadanie wykonane: buty kupione. Tym razem szarpnąłem się na firmę Asics. Wybór padł na nią, ponieważ z tej serii były buty dla pronatorów, dla osób ważących nieco więcej (nadal się do nich zaliczam!) oraz w przystępnej cenie, choć do niskich niestety nie należących. Wczoraj zrobiłem 9km w nich i w zasadzie jeszcze nic wielkiego nie mogę powiedzieć. Pobolewał lewy piszczel, a z tego co czytałem, może to być kwestia zmiany ustawienia nogi (te buty trochę korygują). Inna sprawa, że od niedzieli nie biegałem – a to z okazji krwiodawstwa poniedziałkowego. Mogło się tez więc zdarzyć, że przerwa dała się we znaki. Ale nie ma co dywagować – czas pokaże czy jest i będzie ok. A adidaski? No cóż, na liczniku mają już przeszło 650km, więc będą do treningów np. na plaży, albo na Katorżnika? Wprawdzie na razie nie jadę na Katorżnika, ale kiedyś trzeba będzie się wybrać :) Wracając jednak do wczorajszego treningu to zadziwiła mnie tylko jedna rzecz: biegnąć w pierwszym zakresie pulsu zrobiłem te 9 km w tempie 5:45! Ależ się świetnie czułem z taką prędkością :))) A najfajniejsze było to, że przebiegając obok spacerujących ludzi nie miałem w ogóle zadyszki, dzięki czemu wyglądałem jakbym nie oddychał lub zupełnie się nie męczył :) – genialne uczucie!

7 lipca 2008

Przelewanie krwi w ubojni

Krwiodawstwo – jakież to szlachetne! Dziś coraz trudniej o tych, którzy chcieliby cząstkę siebie oddać innym, mieć możliwość pomocy im a czasami nawet ratowania im życia. Ale trudno się dziwić tej sytuacji. Punktów poboru krwi ubywa i to w zastraszającym tempie, ulg i chwały – od dawna brak. Krwiodawcy zostali zepchnięci na margines i mogą liczyć już tylko na swoich bliskich – choć po kilku razach staje się to czymś naturalnym, a po kilkunastu razach – zupełnie już nie rusza! Obsługa w punkcie krwiodawstwa charakteryzuje się coraz niższym standardem, o uprzejmości to już trzeba zabiegać, o uśmiech na twarzach tych pań niemal walczyć. Kto my jesteśmy do cholery!? Bydło jakieś??? Oddajemy cząstkę siebie (nie małą!), chcemy ratować drugiego człowieka a w zamian co dostajemy??? Nie chodzi przecież o to, czy coś dostanę, bo te marne czekolady to już nawet nie jest symbol. Chodzi o szacunek do drugiego człowieka – zanika już nawet w takich miejscach jak punkt krwiodawstwa. Z jednej więc strony masz ochotę to rzucić i powiedzieć DOŚĆ! Bo gdy już kopie się takich ludzi, to w imię czego oddawać krew? W imię pomocy bliźniemu! Cóż za chory układ! Ostatecznie znowu tam idę i znoszę humory tych kobiet, daję się określać jakimś maruderem, podczas gdy ponad 10 litrów krwi już przelałem. Wręcz żenujące! Nie jestem tylko kupą mięsa i nawet ze względu na to że jestem człowiekiem należy się jakiś skrawek szacunku… Oddałem dziś płytki krwi, bo należę do bardzo rzadkich krwiodawców (zaledwie 1% wszystkich krwiodawców!), a potrzebowali głównie płytki. W ciągu dnia zaliczyłem „zgon” na prawie 2 godziny – nie byłem w stanie nawet wstać i pójść do toalety. I do tego te parszywe poczucie, że byłem w ubojni zwierząt –tyle, że nie zabijają od razu… Dręczy mnie uczucie złości, bezsilności i żalu – dlaczego to tak wszystko zrobaczało???

Niekontrolowana piętnastka!

To istne szaleństwo! Zrobiłem dziś jeszcze 14,65km! Sam oczywiście tego bym nie dokonał – dałem się namówić na bieg z Gosią – twierdziła, że będzie lightowo i że jakieś 10km. No cóż – wydłużył się nieco dystans, a moje mięśnie pod koniec czuły już trudy ponad 1,5h biegania. Trzeba przyznać jednak, że biegało się sympatycznie – Gosia zalicza się do osób dość rozmownych, więc trudno było się nudzić, a dystans ten przeleciał tak szybko, że gdyby nie zmęczenie nóg, to może i jeszcze człowiek by pobiegał. Tym razem jednak zastosowałem po biegu zimny okład. Tak na wszelki wypadek, choć i tak spodziewam się, że mogę mieć problem ze stawem skokowym. Jutro jednak krwiodawstwo, więc 2-3 dni odpoczynku powinno mi dobrze zrobić. Dziś jeszcze jedno pifko i do łóżka…

6 lipca 2008

Wycieczka do bunkrów po raz drugi

Szczęśliwie wycieczka doszła do skutku. Gdyby Boguś się poddał, pewnie zabrakłoby mi motywacji do walki. Z drugiej strony jednak potrzebowałem tej wycieczki rowerowej – rowerowanie doskonale wpływa na mój staw skokowy, a po wczorajszych biegach sprawiał mi jednak trochę problemów. Ruszyliśmy o 6:00 na poszukiwanie bunkrów, tych, których nie udało mi się odnaleźć ostatnio. Wbrew obietnicom, aparatu lepszego nie miałem – zapomniałem, że żona na pewno zabierze go na wakacje – dziś więc znowu pstrykałem N95 (dlatego tak mało fotek). Tym razem trzymaliśmy się szlaku rowerowego zielonego do czasu aż dotarliśmy do szlaku pieszego niebieskiego. Było to już w lasach legionowskich – niezwykle malownicze lasy. Zanim dojechaliśmy do Janówka Drugiego, to nałykaliśmy się chyba z kilogram pajęczyn. Po pewnym czasie zaczęło to być już dość męczące, ale otaczające piękno wynagradzało te niedogodności. W Janówku droga była mi już znana, więc bardzo szybko trafiliśmy do bunkrów pierwszych (niby mniejszych). Tam nie zabawaliśmy zbyt długo – kilka fotek i wio! dalej. Drugie bunkry było trochę trudniej znaleźć, ale to wyłącznie z powodu bardzo lakonicznego opisu w przewodniku. Metodą jednak dedukcji oraz moich wcześniejszych sprawdzeń udało się tam trafić cywilizowaną drogą, którą można nawet samochodem bez problemu dojechać. Tam troszkę dłużej zabawiliśmy, kilka fotek. Chwilę połaziłem po zabudowaniach, ale moja latarka nie była zbyt wystarczająca, aby za daleko się zapuszczać. Pobyt zakończyliśmy krótką naradą gdzie dalej i ruszyliśmy w kierunku wału wiślanego, aby skierować nasze rowery ku mecie. Noga rzeczywiście się rozruszała. Zapodam sobie jeszcze troszkę ćwiczeń rehabilitacyjnych a wieczorem spróbuję podejść do spokojnego rozbiegania (ok. 10km). A tymczasem zamieszczam mapę naszego przejazdu: