=== Robsik's Blog on WordPress ===

11 grudnia 2007

Moje bieganie od kuchni

Poproszono mnie abym przedstawił jak wygląda moje życie biegackie od kuchni. Ponieważ biegam od września, to jest już możliwość wstępnego posumowania tego jak zorganizowałem sobie te moje biegackie wzmagania. Plan treningowy
To był najważniejszy punkt mojego rozpoczęcia biegania – tym razem na dłużej niż 2 tygodnie. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego jak bardzo ważne jest mieć coś takiego jak dobrze dobrany plan biegania. Jak na to trafiłem?
Postanowiłem, że najwyższy czas zacząć się przygotowywać do maratonu – do mojego odwiecznego marzenia. Mając jak zwykle wiele do czynienia z komputerem zacząłem od Internetu. Jakże byłem zaskoczony, gdy się okazało, że w Internecie jest tak wiele stron o bieganiu! Na początek wyszukiwałem wszelkie opisy, jak ciężko jest przebiec ten Wielki dystans, jak sobie inni poradzili i jak w ogóle można ugryźć ten temat. Do tej pory wiedziałem tylko tyle, że ktoś tam przygotowywał się do maratonu ok. 3 lat. Słowo „przygotowywał” mnie troszkę natchnęło. Zacząłem więc szukać informacji jak się ludzie przygotowują do tego wyzwania i trafiłem na coś co się zwie „planem treningowym”.
Na początku wyglądało to jak coś dla sportowców – nie amatorów. Szybko jednak, trafiając na kolejne plany, przekonałem się, że to jest dobre dla każdego. Drążyłem więc temat dalej i dalej. W tej sposób dotarłem do takich opisów jak:
  • sprzęt potrzebny/przydatny do biegania
  • jak radzić sobie z kontuzjami
  • jak prowadzić dziennik treningowy i po w ogóle po co
  • gdzie szukać pomocy i wparcia (fora)
  • jak dobrać buty do biegania
  • i wiele innych

Buty jakieś miałem. Uznałem, że innych nie potrzebuję. Dresy Adidasa, bielizna termiczna, kaszkietówka, która służyła mi za blokowanie potu, pulsometr za 25 pln kupiony na allegro. Do tego musiałem więc dobrać program do prowadzenia dzienniczka treningowego, bo prowadzić sam arkusz w Excel’u nie chciałem – nadal nie wiedziałem jakie dane notować a jakich nie. Tu trafiłem na program, który do dziś bardzo mi się podoba: Dziennik Treningowy wersja 3.1.2 napisany przez Konrada Różyckiego. Program jest darmowy. Potem poznałem jeszcze inne, ale o tym może kiedyś.

Pozostało wybrać plan. Wybrałem plan, który zakładał przygotowanie do maratonu w 22 tygodnie, wraz z komentarzem fachowca, znaleziony na stronie http://www.biegajznami.pl/. Wiedziałem doskonale, że 22 tygodnie takiego morderczego treningu to dla mnie zdecydowanie za mało – potrzebowałem więcej czasu. Stąd uznałem, że trening przedstawiony w tych dokumencie rozwlokę w czasie w miarę jak dobrze będę się czuł z tymi treningami. Pierwsze założenie było więc: NIC NA SIŁĘ. Przede wszystkim biegam dla przyjemności.Mimo tych założeń, pierwsze 4 tygodnie udało się zrealizować zgodnie z planem: bieg jednostajny przez 30 minut. Byłem dumny z siebie. Nie udałoby mi się jednak to, gdybym nie kupił sobie butów przeznaczonych do biegania. Cały czas narzekałem na ból jakby trochę mięsni łydek a trochę ścięgna. Wiedziałem, że może to być równie dobrze wina mojej znacznej nadwagi (zaczynałem biegać z 105 kg!). Kupiłem jednak buty i bóle minęły! We wrześniu wybiegałem zaledwie 48km.

Tydzień później wziąłem udział w Run Warsaw i dałem się ponieść emocjom – pobiegłem na dystansie 10km! To był trudny bieg, bo od ok. 5,5 km powrócił do mnie ból, ale tym razem stawu skokowego lewej nogi. Do mety więc doczłapałem się z czasem 1:06 – ale byłem dumny z tego, że bieg ukończyłem. To był wspaniały chrzest biegacki!

Październik, to był czas realizacji kolejnego etapu programu treningowego: bieg ciągły przez 60 minut. Udało się! Najbardziej jednak niesamowite było dla mnie to, że od dwóch miesięcy po zejściu z treningu nadal nie byłem kompletnie zmęczony – cały czas miałem ochotę biec dalej. Trzymałem się jednak planu, aby czerpać z tego najwięcej frajdy ile się da.

Plany treningowe zmieniłem dopiero w listopadzie. Na początku listopada skręciłem nogę i to mnie zmusiło do zmniejszenia obciążenia treningowego. Na początku byłem rozczarowany tą sytuacją, ale cierpliwość się opłaciła. Po tygodniu już wróciłem do biegania, a po dwóch wystartowałem w Biegu Niepodległości i pokonałem dystans 10km ponownie! To było wspaniałe! Po tym biegu zdecydowałem się ustawić sobie nowy cel: półmaraton. Termin padł na koniec marca. Wtedy trafiłem na nowy plan treningowy, który przygotowywał do półmaratonu – to bardziej było dla mnie! Odmierzyłem więc odpowiednio tygodnie i dostosowałem ten plan do moich potrzeb czasowych. Od razu musiałem wprowadzić przebieżki, ale ten inny plan treningowy i tak zakładał pojawienie się tego nowego planu treningowego…

W ten sposób doszedłem już do 4 startów w zawodach (wszystkie 10km), 9 kg mniej do dźwigania i uzależnienia w bieganiu. No właśnie, a co z tymi kilogramami?Na początku jest bardzo łatwo. Piąteczka spada w pierwszy miesiąc, nie wiadomo kiedy. Potem jest już tylko wolne spadanie wagi – ok. 1 kg miesięcznie. W listopadzie przekonałem się jednak, że zachowując dotychczasową „kulturę” jedzenia nie uda się już nic zrzucić. Wtedy wprowadziłem w życie dietę „MŻ”, czyli Mniej Żryj. Wieczorem staram się jeść małą kolację lub w ogóle (wtedy zaspokajam się np. kisielkiem, lub jakimś deserkiem lub owocem). Obiady dużo mniejsze niż dotychczas (potrafiłem zjeść dużo za dużo) i odpowiednio także mniejsze śniadania (te też potrafiły wyglądać potwornie obszernie). To pomogło znowu ruszyć wagę w dół. Dodatkowo poczułem, że być nie objedzonym sprawia także dużo satysfakcji – dużo lżej się człowiek czuje i nie czuje tego kamienia w żołądku, gdy ten pracuje na pełnych obrotach. Do diety na te zimne dni dorzuciłem jeszcze zestaw witamin. Biorę je oczywiście tylko wtedy gdy jestem całkowicie zdrowy – bo tylko wtedy ma to sens.

A cała reszta? Nie ma nic więcej poza szaloną satysfakcją z biegania. Staram się cały czas trzymać zasadę: najważniejsze jest zdrowie, potem wyniki – bieganie ma mi sprawiać cały czas masę frajdy. I tego się trzymam tak mocno jak mogę…

Obiecana ocena Biegu Mikołajkowego

W sobotę pokonałem po raz kolejny dystans 10 kilometrów. Po każdym takim dystansie mówię sobie, że to już nie jest dla mnie dużym wyzwaniem, ale gdy porównuję wyniki z innymi, prawda wygląda wtedy nieco inaczej. Za każdym razem wzmagam się więc przede wszystkim z samym sobą i walczę o każdy skrawek powietrza, aby wystarczało moim mięśniom. Cóż – taka proza każdego biegającego. Tę prozę można jednak rozjaśnić takimi imprezami tak ta dzisiejsza: Bieg Mikołajkowy w Lesie Kabackim. Pogoda wręcz wymarzona, choć na pewno nie na grudzień. Ponad 6 stopni na plusie, lekko słonecznie, błota już prawie brak – do biegów wręcz cudnie! Ogólnie bieg więc sprawił mi dużo frajdy: Dużo biegających, doskonała atmosfera, szampańskie humory. I zdawałoby się, że wszystko jest na „piątkę”. Niestety nie. Pierwsze moje zaskoczenie, to konieczność wpisowego. Może nie za duże to zaskoczenie, bo prawie na każdych zawodach coś się płaci. Nie znalazłem jednak wcześniej żadnej informacji, że za ten bieg trzeba będzie uiścić opłatę startową, więc uznałem, że takowa nie występuje. Miałem więc na początek dwa kursy (w tym jeden po portfel). Odległość biura zawodów od startu i mety troszeczkę przeszkadzała (powyżej 1,2km). Zwłaszcza w drodze powrotnej, gdy człowiek był już zmęczony dobrze zmaganiami z trasą. Po zawodach w szkole uwierało kilka drobiazgów. Pierwszy, to dość dziwne rozmieszczenie stołów z poczęstunkiem, który tworzył skuteczny zator dla wchodzących na salę, gdzie miała odbyć się gala. Drugi: dziwne losowanie nagród. Gdy już doczekałem się tej chwili, okazało się, że jakieś numerki są losowane. Ponieważ byłem po raz pierwszy na takiej imprezie, to byłem nieco i zaskoczony i skołowany. Skąd ja miałem swój numer znać? Dla mnie zdecydowanie zabrakło jakiegoś regulaminu biegu, gdzie mógłbym doczytać o tych wszystkich niuansach, i być przygotowanym na wszelkie pomysły organizatorów. Tokowego jednak nie znalazłem nawet na stronach organizatora. Czyżby impreza była dla stałych bywalców? A co z nowicjuszami takimi jak ja?...

9 grudnia 2007

Poranne Łosiowanie

Dziś poczułem się dobrze ochrzczony! Z ciekawości podczepiłem się do Szarej. Nigdy nie byłem, więc stwierdziłem, że czas spróbować. No i muszę przyznać, że dała mi popalić. Nie wiem czy była niewyganiana (jeśli taki pies kiedykolwiek jest wyganiany) czy po prostu tak ma za każdym razem. Dla mnie była to szalona nowość i przez kilka pierwszych kilometrów bardziej skupiałem się na tym, aby bronić się przed jej pędem, a gdy już załapałem o co chodzi i jak można jej siłę i pasję biegania wykorzystać, to już byłem nieźle zmęczony. Ale to był ten czas, kiedy już się bałem pozbyć Szarej – nie wiem czy dałbym radę dotrzymać innym kroku, więc do końca przebiegłem z czworonożnym towarzyszem. Przesympatyczny bieg – tyle, że tym razem pogadać z innymi to już nie miałem szansy. Nie wykluczone, że to będzie pierwszy trening w tym roku, gdzie mogę zaliczyć zakwasy. Ale o tym przekonam się dopiero jutro :) Niestety zdjęcia, na które niektórzy mogliby liczyć zupełnie nie wyszły. Tam na mostku tego nie widziałem, ale problem był dość trywialny: Szara tak mnie przegoniła, że aparat w kieszeni był po prostu mokry od potu i pary (różnica temperatur) – w tym także obiektyw :(((. Aby nie dopuścić do podobnej sytuacji, następnym razem wezmę pokrowiec na ramię. No i wiadomość budujące mnie od 3 dni: wywalczyłem kolejny kilogram! Czyli od września zrzuciłem całe 9 kg! Jupii!

8 grudnia 2007

Bieg Mikołajkowy

Dziś udało się pokonać po raz kolejny dyszkę. Ale zanim do niej wrócę, to…
Zacznę od tego, ze część z czytających tego bloga zaniepokoiła się o losy Grzesia. Śpieszę donieść, że jest już na wtorek umówiony z lekarzem, więc pierwszy krok do zdrowia już uczynił. Na razie oczywiście musi sobie odpuścić bieganie, ale to rzecz naturalna. Trzymamy kciuki za ciebie, Grześ!
Wczoraj planowałem trening, taki nieco light’owy – aby za mocno się nie przetrenować przez Biegiem Mikołajkowym. Niestety usypiając córkę zapadłem chyba w mocniejszy sen niż ona :). Tak więc z treningu wyszły nici. Ale sądząc po wynikach dzisiejszego biegu, stało się bardzo dobrze!
Zacznę od najważniejszej dla mnie rzeczy: zero kontuzji po dzisiejszym biegu! Tak to ja lubię. Co ważniejsze mój lewy piszczel nawet na chwilkę się nie odezwał. Chyba masarze dużo dały plus prawie 3-dniowa przerwa w treningach. Niby proste, ale wczoraj już mnie całego nosiło, aby wyjść pobiegać. Jakbym nie zasnął z córką, to na pewno bym poszedł – nic by mnie nie powstrzymało.
Druga wspaniała nowina: zrobiłem życiówkę! W rozmowie z B&B i Miodziem wspomniałem o czasie 55:06, ale to był czas biegu, łącznie z odpoczynkiem. Moja życiówka jest więc oszałamiająco niższa niż poprzednio (SKŚ nr 1): 53:47! Tego się nie spodziewałem. Liczyłem na 57 lub ew. 56 minut. Na pewno nie więcej. Ale to było na mecie. Ja chciałbym jednak opowiedzieć o całości imprezy. Może dlatego, że z organizatorów to ja nie jestem za mocno zadowolony.
Ale może od początku: Trafić do szkoły było raczej łatwo. Może dlatego, że posłużyłem się AutoMapą :). Już w samej szkole zorientowałem się, że powinienem mieć ze sobą portfel. Zdecydowanie byłem zaskoczony! Czemu? Bo nigdzie o tym nie udało mi się wyczytać. Nie trafiłem na jakiś regulamin, czy większy opis imprezy, gdzie będzie wypisane, kto, co, za ile itp., itd. W tej sytuacji uznałem, że jeżeli się nic na ten temat nie pisze, to tego nie ma. Tak więc reasumując: opłata startowa mnie zaskoczyła. Jak dobrze, że przyjechałem dużo wcześniej! Miałem więc dodatkowy kurs po pieniążki (nie zwykłem jeździć z gotówką). Ciekawe ludzie mili miny widząc takiego gościa jak ja (czyt.: w stroju do biegania) przy bankomacie :). Jeszcze 2 tygodnie temu odległość biura zawodów od startu i mety mnie przerażała. Kombinowałem, aby tam po prostu podjechać autem. W Google wychodziło mi ok. 1,5km. Po ostatnim treningu, to nawet mi pasowało – to był odpowiednio długi trening aby rozćwiczyć ew. bolący piszczel. Tak też zrobiłem: tę odległość przebiegłem się, przekonując się, że po bolącym piszczelu zostało tylko wspomnienie (jeszcze dość wyraźne ;) ).
Na miejscu zauważyłem, że też można było się zapisać i dostać numer startowy. Szkoda, że o tym wcześniej nie wiedziałem (ach ten brak regulaminu!). Ale co tam – mi ostatecznie to nie przeszkadzało. Przeszedłem więc do rozciągania i na wszelki wypadek do automasażu swoich piszczeli. Po tym zostało mi jeszcze trochę czasu na to aby pstryknąć kilka fotek i zrobić jeszcze truchcik na ok. 300m. Tak aby bliżej przyjrzeć się sznurowadłom (które ostatnio potrafiły mi pokrzyżować plany) i sprawdzić, czy piszczel nie będzie dokuczał. Wszystko wyglądało na ok. Start był taki jak ja osobiście nie lubię: czyli wszyscy na hurra! Ale mimo to każdy wystartował w tym samym czasie. Chyba za bardzo się przyzwyczaiłem do biegów tak profesjonalnych jak Run Warsaw lub Bieg Niepodległości. Ależ łatwo się przyzwyczaić do luksusu :)))Pierwsze 200m ciężko mi było złapać tempo. Ludzie strasznie się tasowali, co sprawiało, że nie miałem żadnego punktu odniesienia. Musiałem rzeczywiście dużo wysiłku włożyć aby skoncentrować się wyłącznie na sobie. Na pierwszym zakręcie już miałem tempo z ostatniego treningu. To było to! Dodatkowo było już na tyle luźno, że można było utrzymać tempo bez problemu. I tak dobiegłem do znacznika 2km a na nim odczytałem niecałe 11 minut! Liczby mnie trochę przestraszyły, ale stwierdziłem, że tym razem zdam się na mowę mojego ciała – zaufam temu dialogowi – więc biegłem nadal swoim tempem.
Zadziwiające i troszkę krzepiące było to, że co jakiś czas nikt mnie nie wyprzedził a ja wyprzedziłem dość dużo osób. Doskonale też wiedziałem, że na 2km przed metą sytuacja może się zmienić. Ale biegłem przede wszystkim dla siebie. Dusiłem więc w sobie tę złudną radość wyprzedzania innych – w końcu też znałem ten smak.
Dobiegłem do 5km. N95 wskazywał już 400m za mało. Jednak w lesie sprawdza się dużo gorzej. Ale teraz N95 mnie nie interesowała. Byłem na półmetku i cały czas nie miałem dosyć! Co za szok. Jeszcze 2 tygodnie temu w tym miejscu miałem ochotę zwolnić i przytruchtać do mety. Kryzys jednak przyszedł tuż przed 7 kilometrem. Czułem, że wolniej biegnę i byli już tacy, którzy mnie zaczynami wyprzedzać. Musiałem coś zrobić. I zrobiłem. Wyłączyłem GPS’a – i tak wiedziałem ile mam do przebiegnięcia i niektóre znaczniki odległości trasy, dzięki Żuczkowi już poznałem. Przestawiłem telefon więc na MP3-kę. To było to czego mi brakowało! Udało mi się trochę oderwać od marudzącego ciała. Lekko przyśpieszyłem.Drugi kryzys przyszedł na ok. 1,8km przed metą. Zaczynali mnie już wyprzedzać niektórzy, których wyprzedziłem na pierwszych 3 kilometrach. Czułem, że słabnę. Wtedy zobaczyłem, że dogonił mnie Żuczek. Dwa tygodnie wcześniej tak mi na ostatnim kilometrze uciekła, że stwierdziłem, że najlepiej będzie jak się podczepię (znowu) do niej :). Do ostatniego zakrętu biegłem więc z nią, a potem jakby nowe siły gdzieś się odnalazły: przyśpieszyłem tak znacznie, że momentalnie zostawiłem pozostałych za sobą. Trochę mnie te tempo przeraziło, ale nadal oddech pracował rytmicznie i wystarczał aby dotlenić ciało. Trzymałem więc te tempo twardo.
Potem zobaczyłem metę. Zostało jakieś 300-400 metrów. Stwierdziłem, że mając za sobą kilka przebieżek, warto jeszcze bardziej przyśpieszyć a potem lekko zwolnić i znowu. Po pierwszej ponad 100-metrowej przebieżce miałem już dosyć. Było już tu kilku kibiców – wspaniale kibicowali, ale ja czułem, że nawet nie potrafię uformować ust do uśmiechu – chyba naprawdę biegłem bardzo szybko! Zaczęło mi brakować oddechu, więc zgodnie z planem zwolniłem nieco, aby wyrównać bilans tlenu spalanego i dostarczanego, choć tempo oddychania było nadal szalone. I wtedy ostatnie 140 metrów: wyrwałem niemal sprintem! Finish był okrutny i na metę wpadłem prawie bez oddechu. Byłem tak pochłonięty swoim końcowym etapem biegu, że zamiast STOP, nacisnąłem LAP. Zeskanowały mnie dziewczyny i poszedłem do swoje niedokończonej butelki Powerade, która na szczęście cały czas stała i czekała na mnie. Po prawie 2 minutach zorientowałem się, że stoper cały czas pracuje, więc wyłączyłem go. Przez pierwszą chwilę pamiętałem, że muszę sprawdzić czas LAP1, ale po 5 sekundach już mi to wywietrzało z głowy. Stąd znajomym powiedziałem, że pobiegłem na 55 minut.
Niesamowity bieg, niesamowita impreza, wspaniała pogoda. Cóż chcieć więcej? Ano można chcieć więcej. Ale to w innym poście. Bardzo skrótowo przedstawię rzeczy, które mi osobiście, jako amatorowi, przeszkadzały w tej imprezie. Ale na dziś może wystarczy, bo jak tak dalej pójdzie to rano nie wstanę na Łosiowe :)))

6 grudnia 2007

300-tny kilometr!

Tak! Trzysetny i pięć z nadwyżką. Lubię takie równe liczby. Zajęło mi to trochę czasu, bo biegam od drugiego tygodnia września. Ale warto było! Z zauważalnych rzeczy jakie zyskałem, to m.in. samopoczucie po wejściu na czwarte piętro do biura. Do niedawna wejście takie zmuszało mnie wręcz do sapania. Teraz kilka głębszych oddechów i znowu norma. Mierzyłem nawet ostatnio pulsometrem do ilu mi podskoczy puls po wejściu na 4-te piętro - raptem 110. Dużo lepiej niż na początku! :) Trening, jak przystało na taką okazję, także był ciekawy. Zacznijmy od tego, że wyszedłem pobiegać dopiero o 23:35! To dość późno, biorąc pod uwagę, że zamierzałem zrobić przynajmniej 50 minut biegu. W głowie obmyśliłem sobie dwie trasy - jedna krótsza na wypadek problemów z moim lewym piszczelem. I rzeczywiście po 1,5km musiałem zrobić przerwę na automasaż. Po minucie masowania ruszyłem dalej. Następna przerwa była na 4-tym kilometrze - kolejny masaż. Potem poszło już z górki. Narzuciłem sobie takie tempo, że sam się dziwiłem, że potrafię tak szybko biegać. Biorąc pod uwagę, że przebiegłem ostatecznie 10km w czasie takim jak moja życiówka i że pierwsze 4 kilometry były raczej powolne, to te ostatnie 6 km musiały być na prawdę szybkie! Z tej końcówki jestem bardzo zadowolony - bardzo, bardzo :) Pozostaje jeszcze problem lewego piszczela. Rozruszał mi się dopiero ok. 4 kilometra, a to oznacza, że w sobotę przed zawodami będę musiał zrobić bardzo dobrą rozgrzewkę, aby pobiec dobrze całą trasę. Dobrze jednak, że wiem już o tym :) Do 4-tego kilometra męczyła mnie także dwa razy lekka kolka. Miałem już ochotę skorzystać z krótszej trasy, ale stwierdziłem, że spróbuję jej nie skracać - w końcu trzeba było jakoś uświetnić tę trzysetkę ;) Słowem: trening bardzo udany, a do tego przyniósł wiele satysfakcji! Przyda się ten power na najbliższe dni (dużo roboty w firmie). PS. I na koniec nowinka techniczna, odkryta dziś przeze mnie podczas biegu: zaznaczam, że to na razie hipoteza, ale będę jeszcze to sprawdzał: na trening włączyłem GPS w N95 na ok. 4 kilometrze sie zawiesiła Nokia. Okazało się, że właśnie minęła północ. Czyżby N95 nie była dla nocnych Marków?! To zamierzam wkrótce sprawdzić i na pewno to opublikować w blogu.