=== Robsik's Blog on WordPress ===

3 kwietnia 2013

Problemy z android.process.media

Napisałem już tak wiele na temat przygód androidowych i wszystko wskazuje na to, że jest to niekończąca się opowieść. Ponieważ tablet Alcatela zostaje u mnie więc pewnie jeszcze wiele będę miał do opowiedzenia. Dla przykładu podam tylko temat, którym ostatecznie się nie zajmowałem (i chyba dobrze, że się nie zajmowałem): Angry Birds na Adroida. Trafiłem w promocję (chyba?) i zainstalowałem pięć darmowych wersji. Okazało się, że każda uruchamia się tak samo: czarny ekran przez kilka sekund i wraca do systemu. Nie pomaga reinstalacja, przenoszenie na kartę SD, czyszczenie danych itp. Ten problem jednak zostawiłem, jako że byłem już zmęczony poprzednimi zmaganiami.

Po tygodniu spokoju jednak syn zauważył kolejny problem. System co chwilę wywala dość uciążliwy komunikat:
android.process.media został zatrzymany 
O tyle uciążliwy, że pojawia się niemal co klik. Zajrzałem do zasobów internetowych i okazało się, że wszelkie porady sprowadzają się do przywrócenia ustawień fabrycznych (czyli recovery!). Na to akurat kompletnie nie byłem gotowy – świeżo co spędziłem z tym urządzeniem kilkadziesiąt godzin i nie uśmiechało mi się znowu przechodzić to od początku, aby znowu uruchomić kartę SD według mojego „widzi-misia”.


Wyznaczyłem więc sobie nową misję: Naprawa Adroida bez przywracania ustawień fabrycznych.

Okazało się, ze rozwiązanie jest niemal w zasięgu ręki. Po dwóch godzinach testów okazało się, że bezpośrednim winowajcą jest gra „Hugo Retro Mania”, którą to syn bardzo pragnął zainstalować. Gdy już wybierzemy ją do instalowania, wpada ona do kolejki i zaczyna się błyskoteka z tym nieszczęsnym komunikatem.

Rozwiązanie: Wyrzuciłem więc to z kolejki oraz wyczyściłem dane aplikacji „Sklep Google Play” oraz „Usługi Google Play”. Następnie spróbowałem zainstalować inny program i grę – wszystko działało jak należy i problem nie pojawia się więcej. Wystarczy, że znowu spróbuję zainstalować tę grę i problem natychmiast wraca. Trzeba znowu przeczyścić Androida i system wraca do stabilności.

Rozwiązaniem jest więc bardzo ostrożne dobieranie aplikacji i unikanie tych, które sprawiają (lub będą sprawiać) nam problemy. Nie muszę dodawać chyba, że tego zaplanować dobrze się nie da.

Podsumowanie: Jak widać poziom kompatybilności pomiędzy urządzeniami i programami pozostawia bardzo wiele do życzenia. Przydałby się w Adroidzie log, który zapisywałby historię tego co się dzieje w systemie. Ewidentnie mocno trzeba pilnować co instalujemy w jakiej kolejności, aby udało się to później odkręcić.
Just more and more disappointed.

27 marca 2013

Android i bateria cz. II

Ok, teraz czas na nieco trudniejsze tematy (choć tylko z pozoru).

Na pierwszy ogień idzie coś, co wydawałoby się jest dość istotne dla nas: kopia zapasowa (lub jak ktoś woli backup). Android udostępnia taką opcję, która została pomyślana do tworzenia automatycznych kopii zapasowych danych aplikacji, haseł Wi-Fi (po co???) i innych ustawień systemowych. Prze chwilę pochyliłem się nad tą opcją i doszedłem do kilku istotnych i mających daleko idące konsekwencje wniosków. A oto przykład rozważań. Mam aplikację Woblink a wniej blisko 100 książek i każda z nim o wielkości 1-6 MB. Przyjmijmy więc opcję optymistyczną: dane mojej aplikacji wynoszą ok. 100MB. Te dane będą przepychane na serwery Google. Inna aplikacja: Audioteka. Tu dane aplikacji to ok. 4-5GB. Inna aplikacja: Nexto – tu dane aplikacji to ok. 2-3GB. Jeszcze inna: SuperMemo – dane alikacji ok 1GB. I te wszystkie dane muszą być przepchnięte na serwery Google. To dość dużo i raczej zajmnie to kilka dni. Przez te kilka dni nasz Internet będzie umierał a tablet nie da rady przeżyć nawet jednego dnia bez pełnego (lub ciągłego) ładowania. Ale jest coś jeszcze ważniejszego: ja te dane w każdej chwili mogę ponownie pobrać z serwera Woblinka, Audioteki lub Nexto – więc po co mi właściwie ten backup? Dane postępów nauki SuperMemo także mogę wysłać na serwer i dowolnej chwili to odtworzyć. Czyli także nie potrzebuję backupu danych aplikacji. Maile? One są na serwerze! Hasła Wi-Fi? Ta! I co jeszcze! To lepiej mieć w głowie (w ostateczności na jakiejś kartce).

Z mojego punktu widzenia jest to opcja kompletnie bezużyteczna (rozumiem, że znajdą się Ci, którzy mają inne zdanie w tym temacie – ok, wyrażam tu wyraźnie SWOJĄ opinię). Ja więc ją wyłączyłem oszczędzając tym samym oczywiście zasoby utrzymywane w baterii.



Kolejny temat bardzo istotny, to Synchronizacja z kontem Google. Możemy tam synchronizować nie tylko maile ale i kalendarze, kontakty, zdjęcia itd. Tu zaliczyć także trzeba synchronizację z innymi kontami pocztowymi. Obecnie nikt nie zrezygnuje z tej funkcji – i doskonale to rozumiem. Okazuje się jednak, że tu także można zaoszczędzić nie mało baterii. Chodzi tu przede wszystkim o sposób i częstotliwość synchronizacji. Zakładając, że wyłączam Wi-Fi podczas usypiania urządzenia, nie ma potrzeby aby poczta synchronizowała się automatycznie. Ja pocztę synchronizuję tylko wtedy kiedy tego potrzebuję (wyłączam więc automatyczne synchronizowanie). Jeśli jest to przez Was nie do przyjęcia to pozostaje ustawienie synchronizacji cyklicznej ale np. co 30 minut lub nawet rzadziej. Jest to ten element, który potrafi wydłużyć czas pracy urządzenia pomiędzy ładowaniami nawet o 1-2 godziny(!). Jest więc o co powalczyć i nad czym się zastanawiać.


Kolejny temat, który jest już chyba raczej moją faneberią niż faktycznym oszczędzaniem baterii to ustawienia czasu. Można tu ustawić automatyczny czas – będzie wtedy pobierany z Internetu. Ja to wyłączyłem aby zminimalizować automatyczne połączenia do Internetu przez system Android.


Jak już jesteśmy przy automatycznych łączeniach się do Internetu przez system Android to warto wspomnieć o funkcji automatycznych aktualizacji systemu. Biorąc pod uwagę moje przygody z aktualizacjami Androida (np. na Lark’u, którego wcześniej opisywałem), w przypadku Androida należy zachować nieco wstrzemięźliwości przed instalacją nowych aktualizacji. Mogą sprawić, że przestaną nam działać niektóre programy, lub utrafimy pewną ważną dla nas funkcjonalność urządzenia. Ja więc nie miałem wątpliwości i natychmiast wyłączyłem samowolkę systemu przy aktualizacjach. Sprawdzanie również pozostawiłem w swoich rękach:



W tym miejscu nie wolno pominąć innej funkcji systemu, która sprawia, że bateria roztapia się między palcami a my nawet nie bardzo wiemy kiedy, gdzie i jak. Mowa o automatycznych aktualizacjach zainstalowanych programów. Do końca nie wiem jak to się stało, że wszystkie programy ustawiły się ten tryb, czy tak jest domyślnie, czy ja coś przełączyłem. Musiałem jednak każdy z programów przeklikać aby wyłączyć tę opcję. Dzięki temu programy będą aktualizowane tylko wtedy, gdy ja będę miał na to ochotę a nie wtedy kiedy program o tym zadecyduje. I właściwie nie chodzi tu o samowolę instalacji a o ustawiczne i cykliczne sprawdzanie tych uaktualnień. Łatwo sobie wyobrazić, że im więcej programów tym więcej takich połączeń poza naszą kontrolą a to z kolei przekłada się na zużycie baterii.



Nie wolno także pominąć samego sklepu Play. Okazuje się, że też kilka ciekawych opcji, które pomogą nam oszczędzać baterie. Z pewnością nie są to już opcje spektakularne, ale grosik do grosika i efekty mamy murowane! Warto z pewnością wyłączyć przynajmniej „Autoaktualizowanie”.


No i na koniec jeszcze takie truizmy jak zamykanie aplikacji, z których nie korzystamy a podejrzewamy, że mogą zjadać nieco zasobów systemowych. Jak to zrobić? To już chyba każdy potrafi: wyświetlamy uruchomione programy i przyciskamy na chwilę na aplikacji aż zobaczymy nowe menu, z którego wybieramy „Usuń z listy”.


I jak już jesteśmy przy temacie programów to muszę wspomnieć o jeszcze jednym. Okazuje się, że są programy, które mogą spowalniać pracę naszego tabletu. Spowolnienie oczywiście wynika z zapotrzebowania na zasoby systemowe w tym także baterię. Warto więc czytać fora, rozmawiać z innymi użytkownikami aby wiedzieć, które programy mogą sprawiać nam takie problemy. Czasami wystarczy też nasza czujność. Gdy po instalacji jakiegoś programu zauważamy, że coś się zmieniło na gorzej, to warto ten program odinstalować lub po prostu przeprowadzić testy. Takim znanym przykładem jest Task Killer, który nieskonfigurowany potrafi spowolnić nasz sprzęt i objeść z cennej baterii. W moim przypadku takim programem był program zainstalowany po rootowaniu urządzenia (ten z chińskimi krzaczkami). Warto więc zwracać baczną uwagę na to co instalujemy i jak używamy.

Takim programami, które podstępnie mogą ograbić nas z baterii są także niektóre widżety. Tu także można „nabyć” widżet, który działa nie koniecznie tak jak byśmy tego oczekiwali. Zwłaszcza te, które wymagają ciągłego aktualizowania swojego statusu w oparciu o połączenia sieciowe.




I na szarym końcu pozostaje temat, który dotyczy wszystkich baterii (w każdym urządzeniu): nie zostawiajmy naszych urządzeń (wraz z bateriami) na słońcu lub na czymś ciepłym. Wysoka temperatura mocno skraca żywotność naszej baterii już po pierwszej godzinie takiego intensywnego naświetlania.


Podsumowanie 

Jak widać powyżej, tematów, gdzie możemy poszukać oszczędności w baterii jest dość dużo. Co ciekawsze, zdaję sobie sprawę, że ten artykuł nie wyczerpuje wszystkich możliwości. Doświadczenia moje pokazały także, że dopiero uważna konfiguracja daje akceptowalne efekty. Zdecydowanie nie rozumiem, dlaczego tych opcji nie dało się zebrać w jedno miejsce konfiguracji (nawet kosztem dublowania niektórych opcji). To mogło by przybliżyć system Android tym mniej wtajemniczonym, którzy kupują i chcą tego po prostu używać.

25 marca 2013

Android i bateria cz. I

Do tej pory nie spotykałem się z takimi problemami. No może troszeczkę naginam tę teorię, bo Lark 70.3GPS dostarczył mi wielu rozczarowań – również w temacie baterii. Tu wprawdzie zrzuciłem to na barki taniego sprzętu, ale jak się okazuje to stwierdzenie nie musiało być prawdziwe. Moje doświadczenia na tym polu opisuję w oparciu o mój ostatni nabytek Alcatel One Touch Evo7.

Po bojach z instalacją karty SD wg moich planów (czytaj poprzednie posty), przyszedł czas na „normalne” użytkowanie tabletu. Zainstalowałem swoje programy (głównie do czytania książek i słuchania audiobooków) oraz kilka dla dzieci (gry, programy edukacyjne itp.). I wtedy przyszedł czas na kolejne rozczarowania. Bateria urządzenia wyjątkowo szybko uciekała. Na początku nie zwracałem na to uwagi, ale po dwóch dobach przekonałem się, że to jednak nie jest tak do końca normalne. Urządzenie wieczorem zostawione ze stanem baterii 60-80% rano było kompletnie rozładowane! I tak było każdej nocy. Producent podaje 200 godzin czuwania – w moim przypadku nie osiągnąłem nawet 20 (widać, że nie był w tym czasie ładowany ani używany (ekran włączany był by sprawdzać stan baterii):




Znowu sięgnąłem po zasoby internetowe i okazało się, że jest to kolejny temat, który mocno przewija się przez fora. Co więcej: wielu fachowców i znawców tego systemu próbowało udowodnić, że jest to wina samych baterii, które to urządzenie zasilają. Z grubsza sprawa wyglądała więc beznadziejnie.
Następnie trafiłem na kilka artykułów z cyklu „jak oszczędzać baterię na urządzeniach z Androidem”. W pierwszej chwili wydawało się to zwykłym bełkotem marketingowym ale po wielu próbach okazało się, że jest zawartych wiele istotnych wskazówek. Zgromadziłem je wszystkie, zastosowałem na swoich urządzeniu i… oto rezultat: w nocy „zjechało” tylko 3% baterii!!!



Czyli jednak się da!

Opcji oszczędzających energię jest wiele. Smutnym jednak
jest, że nie są one zgromadzone w jednym miejscu (tak jak np. jest to w
Windows). Trzeba znowu zdobyć nie małą wiedzę, wiele się oczytać a potem
skompilować tę wiedzę, aby zastosować na swoim urządzeniu – frustrujące!
Dlaczego nie można tego uprościć? To już jest zagadka Poliszynela.

Zostawmy jednak polityczne sprawy i skupmy się na tym
jak udało mi się rozpocząć nowe życie polegające na oszczędzaniu baterii w
tablecie. 


Oszczędzanie baterii w tablecie:

Zacznijmy od oczywistych tematów. Na pierwszy plan wysuwa się wyświetlacz. Z reguły to on pożera gro naszej baterii. Warto więc ustawić jasność tak, aby była jak najmniejsza ale nadal komfortowa do pracy, zabawy lub nauki. Ustawienie poniżej granicy komfortu oczywiście pozbawia nas frajdy korzystania z urządzenia. Dla mojego urządzenia Alcatel ta optymalna dla mnie jasność jest w okolicach 40%. To już daje niezłe oszczędności na początek. Należy jednak pamiętać, że te oszczędności dotyczą samego czasu pracy na urządzeniu.

Kolejny temat to usługi lokalizacyjne. W moim przypadku było troszkę łatwiej, bo mój Alcatel ma pracować tylko w domu, więc właściwie usługi lokalizacyjne są zbyteczne. Wyłączyłem więc wszystkie: Usługa lokalizacyjna, Satelity GPS, Lokalizacja w sieci jak i A-GPS.



Kolejny dość oczywisty temat to Bluetooth. Jest to ta część urządzenia, którą bardzo rzadko używamy (raczej rzadko) i warto aby była wyłączona, jako że jest dość pazerna na zasoby baterii. Do wyżej wspomnianych opcji oczywiście jest widżet, przy pomocy którego mamy szybki dostęp do tych opcji. Włączanie i wyłączenie tych opcji w Androdzie jest więc szybkie i bezstresowe. Tym bardziej zachęcam korzystania z tak bezpośredniego zarządzania energią w urządzeniu.


Nie wspomniałem jeszcze o tak ważnym urządzeniu jak Wi-Fi. Jak widać z widżetu można to także łatwo włączać i wyłączać. Warto z tego korzystać, choć jest pewna opcja, która dość skutecznie pozwala zaoszczędzić energię na karcie bezprzewodowej. Jest to ustawienie, o którym wcześniej nie słyszałem i chyba sam z siebie bym tam nie trafił. Mowa o funkcji, która wraz z usypianiem urządzenia usypia także kartę bezprzewodową. Mowa o „Wi-Fi włączone w trybie uśpienia”. Warto wybrać opcję „Nigdy” – wtedy gdy usypiamy nasze urządzenie Wi-Fi także jest usypiane. Ma to wprawdzie tę wadę, że po gdy urządzenie się usypia, to przerywane jest wszelkie transfery i połączenia. Te większe tematy musimy więc przypilnować.


I jak już jesteśmy przy uśpieniu, to warto także ustawić w miarę krótki czas usypiania urządzenia bez aktywności. Osobiście mam wyuczony nawyk wyłączania (usypiania) urządzenia natychmiast po tym jak go odkładam, ale nie wszyscy są tak zdyscyplinowani i warto aby tablet nie leżał włączony bezczynnie – bateria z pewnością szybciej ucieka niż w stanie uśpienia. Ja mam z reguły ustawione 2 minuty, ale wielu zaleca nawet 30 sekund. Tak krótki czas jednak w niektórych aplikacjach może sprawiać problemy przedwczesnym wygaszaniem ekranu.

C.D.N.

22 marca 2013

Alcatel One Touch Evo7 – czyli jak dodać kartę SD cz. III

Czas na trzecią część moich zmagań z Androidem i kartą SD w pierwszym planie. Dziś obiecuję ostateczne rozwiązanie, wiec zapraszam do lektury.

Nowa misja przydzielona: sprawić aby moja karta SD była widoczna jako „external storage” i pracowała zgodnie z moimi założeniami.

Okazuje się, że jest to dość powszechny problem. Niemal już pa kilku minutach znalazłem rozwiązanie: modyfikacja pliku /system/etc/vold.fstab. Tyle, że do tego zadania muszę mieć już roota a w Internecie nie znalazłem gotowego rozwiązania jak zrootować ten model tabletu. Co więcej: znalazłem wiele postów, gdzie wprost pytano jak zrootować to urządzenie. Zadanie zapowiadało się więc mocno ciekawie.

Temat przećwiczyłem różnymi możliwymi rozwiązaniami. Zadziałało dopiero rozwiązanie zamieszczone na forum.android.com.pl przez użytkownika chmurek79. Jego instrukcja była dość uniwersalna i jak sam wskazuje działa głównie na tabletach. (http://forum.android.com.pl/f14/poradnik-sposa-b-na-roota-na-tablecie-i-smartfonie-237218/)

W moim przypadku od razu się nie udało, więc podaję teraz co należy zmodyfikować, aby procedura przedstawiona na forum zadziałała z tabletem Alcatel One Touch Evo7 (znany także jako One Touch T70 – ale chyba mylnie):
  • Aby procedura się powiodła musimy skorzystać z programu ZhuoDaShi w wersji wcześniejszej, czyli 2.2.17. 
  • Podczas rootowania program wyłączy nasz tablet i sam się nie zechce włączyć – musimy go ręcznie włączyć i cierpliwie czekać na zakończenie zadania. 
  • Proces rootowania na tym urządzeniu trwa dość długo – ok. 10 minut. Warto zachować cierpliwość. 
  • Na koniec program ZhuoDaShi zawiesił mi tablet bardzo nieprzyjemnie – widać było tylko czarny ekran oraz to, że ekran z pewnością jest włączony (widać było podświetlenie). Musiałem na siłę wyłączyć urządzenie, ale po restarcie było już wszystko ok.
Teraz mogłem już przystąpić do edycji pliku /system/etc/vold.fstab. To już nie było tak skomplikowane. Trzeba jedynie być bardzo uważnym, aby nie popełnić błędu – błąd może nasz kosztować problem z uruchomieniem systemu Android a wtedy to już mamy nieźle przerąbane.

Poniżej instrukcja co i jak trzeba zmienić:
  • Otwieramy plik vold.fstab i sprawdzamy czy zapisy się zgadzają. Oto przykładowy plik:
## Vold 2.0 Generic fstab

## - San
Mehat (san@android.com)
## ######################### Regular
device mount
#### Format:
dev_mount
## label -
Label for the volume
##
mount_point - Where the volume will be mounted
## part -
Partition # (1 based), or 'auto' for first usable partition.
##
- List of sysfs paths to source devices
###################### ## Example
of a standard sdcard mount for the emulator / Dream
# Mounts
the first usable partition of the specified device
#dev_mount
sdcard /mnt/sdcard auto /devices/platform/goldfish_mmc.0
/devices/platform/msm_sdcc.2/mmc_host/mmc1
dev_mount
flash /mnt/sdcard auto /devices/virtual/mtd/mtd9/mtdblock9
dev_mount
sdcard /mnt/external_sd auto /devices/platform/rk29_sdmmc.0/mmc_host/mmc0
dev_mount
udisk /mnt/usb_storage auto /devices/platform/usb20_host/usb
## Example
of a dual card setup
# dev_mount
left_sdcard /sdcard1 auto /devices/platform/goldfish_mmc.0
/devices/platform/msm_sdcc.2/mmc_host/mmc1
# dev_mount
right_sdcard /sdcard2 auto /devices/platform/goldfish_mmc.1
/devices/platform/msm_sdcc.3/mmc_host/mmc1
 ## Example
of specifying a specific partition for mounts
# dev_mount sdcard /sdcard 2
/devices/platform/goldfish_mmc.0 /devices/platform/msm_sdcc.2/mmc_host/mmc1
  • Nas interesują wyłącznie dwie linijki:
dev_mount
flash /mnt/sdcard auto /devices/virtual/mtd/mtd9/mtdblock9
dev_mount sdcard /mnt/external_sd auto
/devices/platform/rk29_sdmmc.0/mmc_host/mmc0
  • jeżeli wyglądają dokładnie tak, to praca polega tylko na małej podmiance, aby otrzymać taki kod:
dev_mount
flash /mnt/sdcard auto /devices/platform/rk29_sdmmc.0/mmc_host/mmc0
dev_mount
sdcard /mnt/external_sd auto /devices/virtual/mtd/mtd9/mtdblock9
  • Oryginalne linie więc zahashowałem i wstawiłem nowe i w ten sposób uzyskałem taka zawartość:
## Vold 2.0
Generic fstab
## - San
Mehat (san@android.com)
## ######################### Regular
device mount
#### Format:
dev_mount
## label -
Label for the volume
##
mount_point - Where the volume will be mounted
## part -
Partition # (1 based), or 'auto' for first usable partition.
##
- List of sysfs paths to source devices
###################### ## Example
of a standard sdcard mount for the emulator / Dream
# Mounts
the first usable partition of the specified device
#dev_mount
sdcard /mnt/sdcard auto /devices/platform/goldfish_mmc.0
/devices/platform/msm_sdcc.2/mmc_host/mmc1
#dev_mount
flash /mnt/sdcard auto /devices/virtual/mtd/mtd9/mtdblock9
#dev_mount
sdcard /mnt/external_sd auto /devices/platform/rk29_sdmmc.0/mmc_host/mmc0
 dev_mount
flash /mnt/sdcard auto /devices/platform/rk29_sdmmc.0/mmc_host/mmc0
dev_mount
sdcard /mnt/external_sd auto /devices/virtual/mtd/mtd9/mtdblock9
 dev_mount
udisk /mnt/usb_storage auto /devices/platform/usb20_host/usb
## Example
of a dual card setup
# dev_mount
left_sdcard /sdcard1 auto /devices/platform/goldfish_mmc.0
/devices/platform/msm_sdcc.2/mmc_host/mmc1
# dev_mount
right_sdcard /sdcard2 auto /devices/platform/goldfish_mmc.1
/devices/platform/msm_sdcc.3/mmc_host/mmc1
 ## Example
of specifying a specific partition for mounts
# dev_mount sdcard /sdcard 2
/devices/platform/goldfish_mmc.0 /devices/platform/msm_sdcc.2/mmc_host/mmc1
Tak przygotowany plik zapisujemy i restartujemy urządzenie. Dzięki takiej podmianie nasza Pamięć NAND Flash wskakuje na trzecią pozycję a SD na drugą. Dzięki temu „wypychane” programy na kartę SD faktycznie trafiają na kartę SD.

I to był ten moment gdy mogłem powiedzieć, że mój table jest gotowy do pracy. Zainstalowałem Woblink, Nexto Reader oraz Audioteka. Przeniosłem je na kartę SD a następnie zsynchronizowałem. Po synchronizacji miałem już połowę swojej karty zajęte (ponad 7GB). Jak widać bez tych wszystkich operacji nie udałoby mi się to a tablet byłby tylko namiastką czytnika. W tym miejscu nie wspominam już nawet o innych programach typu gry dla dzieci, lub inne programy typu pogoda, kalkulator, nauka języków obcych itd.


Podsumowując. Urządzenia z Android są dość ciekawe. Posiadają wiele wspaniałych programów do pobrania i używania, dużo możliwości w tym możliwość rozbudowy pamięci (czego nie ma właściwie iOS). Aby jednak skorzystać z tych wszystkich dogodności, jak pokazuje przykład moich zmagań, wymaga czasami nieprzeciętnej wiedzy i determinacji. Zasmuca przede wszystkim fakt, że funkcje, których potrzebowałem należały raczej do standardowych – mało wyszukanych. A by je uruchomić trzeba raczej już technicznej ręki. Przestaję się więc dziwić, że Ci, którzy wcześniej mieli do czynienia z iOS’em tak strasznie złorzeczą Android’owi. Często wracają do iOS’a aby nie musieć martwić się tymi wszystkimi technicznymi niuansami.

Android jednak znalazł już swoich zwolenników – podobnie jak systemy Linux (w konfrontacji z systemami Microsoft). To co można zaliczyć do atutów tego systemu to elastyczność i otwartość, dzięki której można bardzo dużo. Rośnie liczba programistów, którzy poprzez modyfikacje systemu wyciskają ze swoich urządzeń siódme poty. W przypadku urządzeń Apple jest to możliwe tylko po tzw. JailBreak’u (czyli już nie na iOS).

Zastanawiam się dalszymi kierunkami rozwoju Android’a. Czy nie można by od razu wypuszczać urządzeń zrootowanych?...

20 marca 2013

Alcatel One Touch Evo7 – czyli jak dodać kartę SD cz. II

W poprzednim odcinku pisałem o tym jak poradzić sobie z uprządkowaniem sterowników USB, gdy nasz PC odmawia już rozpoznawania urządzeń. Dziś więc kontynuuję dalsze zmagania z konfiguracją karty SD w moim nowym urządzeniu. Zaczynamy.

Instrukcja jak ustalić domyślną lokalizację instalacji na kartę SD:

Procedura ta działa na systemie Android w wersji od 2.2. Aby dokonać tej zmiany nie musimy mieć uprawnień root’a do systemu. Do naszego zadania będzie potrzebny Google Android SDK (http://developer.android.com/sdk/index.html) oraz Java JDK (http://www.oracle.com/technetwork/java/javase/downloads/index.html).




Uruchamiamy SDK Manager.exe i upewniamy się, że mamy zainstalowany „Android SDK Platform-tools”:




Jeżeli nie jest zainstalowane, to zaznaczamy check-box’a i wybieramy, aktywny już wtedy, przycisk „Install packages…”.

Teraz czas na przygotowanie naszego tableta: włączamy tryb debugowania USB oraz możliwość instalowania oprogramowania z nieznanych źródeł. Następnie podłączamy urządzenie do komputera.

Odnajdujemy katalog z programem adb.exe (sdk\platform-tools) i uruchamiamy linię poleceń (cmd) przechodząc do znalezionej ścieżki. Teraz sprawdzamy, czy nasz tablet jest widoczny jako podłączone urządzenie, poprzez wydanie komendy:
adb devices 
W wyniku powinniśmy otrzymać listę podłączonych urządzeń (najczęściej jedno ;) tuż pod tekstem „List of devices attached). Jest to miejsce, które może sprawić trochę problemów, jeśli urządzenie nie jest widoczne, ale te tematy omawiałem już wcześniej.

Jeśli nasze urządzenie jest widoczne, to teraz możemy wydać stosowną komendę:
adb shell pm set-install-location 2 
Komenda ta ustawia domyślne miejsce instalacji programów na tzw. zewnętrzną pamięć (external storage), czyli kartę SD. Jeśli chcemy przywrócić ustawienia to wpisujemy:
adb shell pm set-install-location 0 
Od tego momentu możemy instalować programy na kartę SD. Niestety w praktyce nie działa to tak jak prosto – większość programów muszę przenosić na kartę SD w Ustawienia -> Aplikacje:



Problem to już nie jest gdyby nie jeden drobny szczegół:
Urządzenie uznało, że „external storage” to pamięć NAND Flash. Czyli na kartę
SD ciągle nie przenosi!!! Moja karta SD nadal była bez użyteczna a pamięć NAND
Flash zdecydowanie za mała.

C.D.N.

18 marca 2013

Nespresso U

Nieoczekiwanie zostałem ambasadorem marki Nespresso. Zaskoczenie miłe. Dość długo czekałem tę chwilę i wreszcie się doczekałem. Ale może od początku…

Rok temu na szkoleniu, które prowadziłem polecił mi jeden z uczestników społeczność Streetcom. Na czy to polega? Eksperci biorą udział w kampaniach, które mają na celu testowanie produktów lub usług, które to otrzymują nieodpłatnie w zamian za swoje opinie lub zebrane od znajomych, z którymi można (a może nawet należy) dzielić się doznaniami z testowania produktów. Zanim trafi się do kampanii trzeba wypełnić trochę ankiet – aż trafimy profilem.

Po roku zakwalifikowano mnie do kampanii Nespresso. Niestety kampania jest chyba jedna z krótszych, bo trwa zaledwie jeden weekend. Wypożyczany jest ciśnieniowy ekspres do kawy na kapsułki i dostajemy do degustacji 32 kapsułki przeróżnych kaw – w sumie 16 różnych rodzajów! Ten weekend zaplanowałem więc dość dokładnie, dzięki czemu ostatnie kawy wypiłem w poniedziałkowy ranek.
Sprzęt odebrałem osobiście z salonu Nespresso – tak było wygodniej logistycznie. W komplecie dostałem wspomniane już wyżej 32 kapsułki kaw, ekspres oraz spieniacz do mleka. Ze sprzętem od razu ruszyłem do biura i tam urządziłem pierwszą degustację kaw. Nie kawy jednak mnie zaintrygowały w pierwszej chwili. Tuż po rozpakowaniu sprzętu odkryłem, że ten ekspres jest niewiarygodnie mały! A do tego elegancji i stylowy. Kolega z biura od razu stwierdził, że bardzo nam pasuje do biura ze względu na gabaryty.
Uruchomienie urządzenia było proste i dość szybkie. Prawdzie okazało się, że dostałem urządzenie z uszkodzonym pojemnikiem na wodę jednak reklamacja przebiegła błyskawicznie i przyjaznej atmosferze – wielki plus dla obsługi klienta.

Pierwsze kawy jakie zrobiłem to mieszanki Arpeggio – jak się po chwili przekonałem, za mocne dla kolegi z biura i księgowej. Dla mnie smak był wyśmienity! Mocny i wyraźny smak. Zdecydowanie intensywny. Kawa tak mocno palona, że gdy wystygła czuć było wręcz spalenizną. I ten mankament tych kaw zauważyłem nie tylko przy tym rodzaju kawy: zimna nie nadaje się do picia. Kawę jednak z założenia pije się gorącą, więc umówmy się, że nie jest to problem.

Zanim przyrządziłem kolejne kawy, wczytałem się z ofertę kaw Nespresso. Wtedy przekonałem się, jak wielka różnorodność jest oferowana. Tym razem mogłem więc lepiej wpasować się w gusta księgowej i kolegi z biura – trafiłem w dziesiątkę!

I tak od czwartku po sam poniedziałkowy poranek spotykałem się ze znajomymi i rodziną i degustowaliśmy różne smaki. Zebrałem bardzo wiele pochlebnych opinii. Każdy miał coś do powiedzenia. Zresztą moje kubki smakowe także nie próżnowały i zdecydowanie krzywda im się nie działa. Pomimo tego, że w domu mamy ekspres ciśnieniowy od Tchibo, to kawa od Nespresso zdecydowanie bije swoją jakością, aromatem i smakiem kawy konkurenta.

Przez weekend sam wypiłem kilkanaście kaw. To co zauważyłem wspólnie z kolegą, to to, że to są typowe kawy do degustacji. Do picia w troszkę inny sposób niż my Polacy jesteśmy przyzwyczajeni. Dzięki temu wypicie dwóch kaw pod rząd nie psuje nam samopoczucia a tym samym daje możliwość rozkoszowania się szeroką gamą smaków prawdziwych kaw.

Podsumowując. Kawa faktycznie wysokiej jakości, bardzo wyrazista w swoich smakach i nutkach smakowych. Do tego niezwykle mały i elegancki ekspres. Żona od razu zapytała kiedy zmieniamy ekspres – wygląda na to, że to ambasadorowanie może być dość kosztowne dla mnie. Jednak należy powiedzieć otwarcie: świat Nespresso należy do luksusów, które są w zasięgu ręki – nie będę mocno się bronił przed tymi kawami ;)

Alcatel One Touch Evo7 – czyli jak dodać kartę SD cz. I

Evo7 to najnowsze dziecko Alcatela. Jest tak nowy, że nawet jeszcze nie ma go na polskich stronach producenta, choć w sprzedaży ma się świetnie (zwłaszcza poprzez operatorów GSM). Wielkość w sam raz, wysoka wersja Androida, ładnie wykonany, wifi, bluetooth, modem GSM, czujnik GPS i czujnik grawitacyjny/ruchu itd. Całkiem sympatyczne urządzenie. Od razu postanowiłem, że będzie doskonałe do czytania książek i słuchania audiobooków. A że mam ich na swoim koncie już dziesiątki (kupione w Nexto, Woblink, Audioteka) to byłoby to dobre miejsce na takie zasoby. Do zestawu dokupiłem więc także kartę SD w wielkości 16GB.

Urządzenie przyszło, zamontowałem modem, kartę pamięci i niby wielka radocha. Do chwili, gdy przyjrzałem się układowi pamięci:
  • Pamięć Wewnętrzna – 1GB 
  • Pamięc NAND Flash – 1,5GB 
  • Pamięć SD (ta moja) – 15GB 
Wygląda więc fajnie, gdyby nie to, że nowe instalowane programy trafiają od razu do Pamięci Wewnętrznej i nie mogą być przeniesione na kartę SD (opcja wygaszona). Tablet wystarczyłby więc tylko na zainstalowanie programu Woblink, synchronizację moich książek i miejsce w pamięci uległoby całkowitej „degradacji”. Miałbym wprawdzie jeszcze dwie inne pamięci, tyle, że nie bardzo wiadomo co z nimi zrobić. Ech…

Misja przydzielona: zmienić domyślne miejsce instalacji programów.

Jak się okazało, zadanie nie wymaga rootowania urządzenia. Bardzo mnie to ucieszyło, bo przy okazji szukania tego rozwiązania nie natknąłem się na zbyt wiele postów o tym urządzeniu.

Instrukcja przewidywała oczywiście przestawienie urządzenia w tryb debugowania USB. I tu zaczęły się pierwsze schody, bo okazało się, że to urządzenie jest tak nowe, że nawet system (Windows 7) nie potrafi rozpoznać tego urządzenia. Próbowałem znaleźć jakieś sterowniki do tego nowego Alcatela, ale producent nie przewidywał czegoś takiego. Miał jedna paczkę takich sterowników dla wszystkich urządzeń – to nie działało. Tak szukając rozwiązania trafiłem na sterowniki PDAnet – coś uniwersalnego, co miało zadziałać. Niestety nawet i ten sterownik nie potrafił rozpoznać mojego urządzenia.

Okazało się jednak, że powodem nie jest nowoczesność urządzenia. Problemem jest bałagan w sterownikach urządzeń USB na moim komputerze. Aby go rozwiązać, trzeba niestety dobrać się do wpisów, które normalnie widoczne są tylko w rejestrach (zwłaszcza, gdy dotyczą niepodłączonych urządzeń) lub… z pomocą programu USBDeview!

Porządkowanie wpisów o sterownikach urządzeń USB:

Okazuje się, że Windows zarządza urządzeniami USB w dość specyficzny sposób. Urządzenia USB, które po prostu zawsze działają mogą przestać działać – np. pendrive. W innym komputerze działa bez problemu a w naszym zachowuje się jakby nie rozpoznawał urządzenia. Aż się prosi aby wykasować wszystkie poprzednie wpisy o urządzeniach USB. Problem jednak w tym, że te stare, nieobecne już w systemie, nie są widoczne w menadżerze urządzeń. Do tego pojawiają się w systemie urządzenia zwane „ghost device”. To właśnie często one są przyczyną naszych problemów. Trzeba więc dotrzeć do wszystkich wpisów. Do tego celu posłuży nam program USBDeview.

Pracę zaczynamy od pobrania właściwej wersji (32-bit lub 64-bit):
Programu nie trzeba instalować – po prostu go rozpakowujemy I uruchamiamy. Uruchomić jednak należy z uprawnieniami administratora (Uruchom jako Administrator). Zanim jednak przystąpimy do czyszczenia należy pamiętać o:
  • nie bójmy się odinstalowywać sterowniki, które wymienimy poniżej (urządzenie i tak zainstaluje się ponownie), 
  • odinstalowując sterowniki musimy być uważni, aby nie odinstalować klawiatury (jeśli pracujemy na klawiaturze USB) 
  • aktywne urządzenia pokazywane są zieloną kropką po lewej,
    - instrukcję należy wykonać zgodnie z literą („wszystko” oznacza wszystko!) 
  • podczas wykonywania tej procedury musimy mieć stały dostęp do Internetu (!)


A oto krok po kroku, jak dokonać czyszczenia:
  1. Zakłada się, że program jest już ściągnięty i rozpakowany (gotowy do użycia).
  2. Odłączamy wszelkie sprzęty USB (poza klawiaturą i myszą) i wyłączamy komputer.
  3. Komputer odłączamy do zasilania i pozostawiamy na kilka minut, aby wszelkie ładunki energetyczne rozładowały się skutecznie. Dotyczy to również laptopa: tu wyjmujemy baterię i pozostawiamy sprzęt na 5-10 minut.
  4. Po uruchomieniu komputera uruchamiamy USBDeview i przystępujemy do czyszczenia sterowników (poprzez: prawy przycisk myszy i wybranie Uninstall Selected Devices), według kolejności przedstawionej poniżej: 
    • Wszystko co w nazwie (Description) posiada ciąg znaków "android" lub "android phone", 
    • Wszystko co zawiera ciąg znaków „ADB”, 
    • Wszystko co zawiera ciąg znaków "Tablet" in it or "Tablet PC", 
    • Wszystko co w nazwie posiada ciąg znaków związany z nazwą twojego tabletu (np. „Alcatel”, „HTC”, itp.), 
    • Wszystko co jest uznwane za „USB Storage” (Urządzenie Pamięci Masowej USB) – można to też rozpoznać po typie urządzenia: „Mass Storage” (kolumna Device Type), 
    • Upewnij się, ze wszystkie urządzenia „Mass Storage” zostały usunięte – jeśli jeszcze jakieś zostały nie wahaj się usunąć wszystkie, 
    • Osobiście usunąłem także urządzenia „USB Input Devices” (Urządzenie Wejściowego USB) oraz „USB Composite Devices” (Urządzenie Kompozytowe USB) 
    • W moim przypadku pozbyłem się także sterowników tych urządzeń, które rozpoznawałem (i tak przy ponownym podłączeniu się zainstalują ponownie), 
    • Doświadczenie pokazało, że warto także usunąć sterowniki drukarek (system po tej akcji i tak zainstaluje sobie nową kopię). 
  5. Po tym czyszczeniu restartujemy komputer (jeszcze nie podłączając urządzeń USB). 
  6. Po uruchomieniu systemu nie podłączaj jeszcze urządzeń – daj czas aby zainstalowały się wszelkie urządzenia USB (często są to składniki urządzeń, których na oko nie widać – popularne w laptopach). To jest moment w którym KONIECZNIE MUSI działać Internet. Proces ten zwykle trwa kilka dobrych minut.
  7. Teraz możemy zacząć podłączać urządzenia USB (te, z którymi na co dzień pracujemy, lub na stałe mamy przypięte do komputera). Najlepiej TYLKO PO JEDNYM urządzeniu. Tabletu jeszcze nie podłączaj(!). 
  8. Po zainstalowaniu wszystkich urządzeń USB możemy przystąpić do instalacji (lub reinstalacji) PDAnet. Dopiero gdy instalator PDAnet proprosi, podłączamy do PC tablet. Teraz system rozpozna nasz tablet bez problemu.
W moim przypadku zadziałało – tym razem instalator PDAnet bez problemu znalazł urządzenie a co ciekawsze ilość kroków instalatora była dłuższa i zgodna z pierwotną instrukcją. Mogłem więc przystąpić do zmiany domyślnego dysku instalacyjnego w moim urządzeniu.

C.D.N.

11 marca 2013

Pierwsze rozczarowania z Lark 70.3GPS

Instrukcje zawarte w tym tekście:



  • Wejście do trybu recovery w urządzeniach Lark. 
  • Rootowanie urządzenia Lark 70.3GPS 


Urządzenie niewątpliwie miało kilka zalet: małe, zgrabne, nowe, z nawigacją i prawie za darmo.
Po kilku godzinach klikania i wzmagania się ze sklepem aplikacji, który na początku nie działał a potem nie wiadomo dlaczego zaczął działać, ruszyłem z urządzeniem do samochodu. W zestawie było mocowanie do szyby, więc zdawałoby się, że doskonały pomysł na nawigację samochodową. Postanowiłem nawet, że ponieważ ten system trochę nudny, to już zostanie jako nawigacja samochodowa.

Uczepiłem więc urządzenie do szyby, podłączyłem kabelki, aby bateria za szybko nie uciekała i odpaliłem nawigację i chwilę później silnik. Czekanie na sygnał GPS przedłużył się już do 15 minut, w samochodzie było już ciepła a nawigacja nadal czekała na aż się zafiksuje. Zmęczony czekaniem ruszyłem w stronę biura, bo czas jednak nieubłaganie uciekał. Pod biurem sytuacja nie wiele się zmieniła: sygnał GPS nadal był za słaby, nawigacja nadal czekała. W sytuacji zmieniło się tylko to, że ja już byłem na miejscu. I to było pierwsze rozczarowanie i jednocześnie jedyna próba z urządzeniem jako nawigacja samochodowa. Kolega miał takie samo urządzenie i odnotował taką samą porażkę.

Trzeba było więc poszukać innych zastosowań urządzenia. Zacząłem wiec czytać o Androidzie, aby rozpoznać nieco temat. Tu po raz pierwszy odkryłem (choć nie jest to wielkie zaskoczenie), że Android występuje w wielu wersjach i nie jest to tak, że każde urządzenie ma tę samą wersję. Wtedy też zauważyłem w opcjach urządzenia, że jest aktualizacja systemu do pobrania i zainstalowania. Jak tu nie skorzystać! iOS przyzwyczaił mnie do tego, że nowości są fajne i warto je natychmiast sprawdzać.

Sama aktualizacja trwała dość długo – tym się jednak nie przejmowałem, bo urządzenie przyzwyczaiło mnie już do powolnego tempa pracy. Po aktualizacji, które zakończyła się nawet sukcesem, nie odkryłem jednak nic emocjonującego. Przyzwyczajony do silnego marketingu iOS’a, który najmniejsze zmiany wyciąga do miana przełomu technologicznego lub „wielkiego kroku ludzkości”, byłem nieco zagubiony. Moje zagubienie jednak szybko przemieniło się w rozgoryczenie, gdy okazało się, że aktualizacja popsuła nawigację. Dodajmy, że nawigacja do urządzenia była dodana jako komercyjna wersja. Po kilku godzinach walki poddałem się – w końcu i tak czujnik GPS był wyjątkowo słaby i nie nadawało się to do nawigowania.

Przyszedł jednak czas, aby w końcu oddać urządzenie mamie, której to przyobiecałem to urządzenie. Zainstalowałem więc program do czytania książek (Woblik) i wgrałem to co posiadałem. Radości było tylko przez kilka miesięcy, bo po pewnym czasie przestał działać Internet przez przeglądarkę (bo synchronizacja książek działała bez zarzutu). Urządzenie więc znowu wróciło do mnie a ja miałem nowe zadanie: uruchomić znowu Internet.

Po wielu godzinach walki z wiatrakami postanowiłem, że wyzerują urządzenie i przywrócę ustawienia fabryczne (czyli coś jakby recovery). To było stosunkowo proste, choć niestety nie tak standardowe jak w innych urządzeniach.

Oto pierwsza instrukcja:

Aby w Lark’u uruchomić menu systemowe podczas startu trzymamy wciśnięty przycisk środkowy i prawy do chwili, w której pojawi się ludzik z „android” ze znaczkiem wykrzyknika – wtedy puszczamy przyciski, czekamy ok. 3-5 sekund i wtedy przyciskamy sam prawy przycisk na ok. 3-4 sekundy. Powinniśmy otrzymać menu systemowe, z którego można wybrać opcję „wipe data/factory reset”



System odzyskał się – a jakże. Tyle, że do jakiejś dość starej wersji 2.x (już nie pamiętam dokładnie). Wszystko wyglądało jakoś tak archaicznie. Ale w końcu chodziło o działającego tableta: aby można było czytać książki, ściągać programy i przeglądać Internet, no i czasem sprawdzić pocztę.

Internet zadziałał od ręki – yupiii! No to czas skonfigurować resztę. Dodałem konto Google, aby można było dostać się do sklepu Play. I tu zaczęły się kolejne schody – program sklepu aplikacji nie potrafił się zalogować i ciągle wyrzucał jakieś błędy. Nie mogłem więc ani pobrać ani zainstalować żadnego programu. Ech… Wróciłem do zasobów internetowych i zacząłem szukać rozwiązania kolejnego problemu



Po przeszukaniu paru zasobów sieciowych okazało się, że problemem może być niewłaściwy wpis w pliku hosts. Swego czasu programiści Androida wpisali na sztywno adres IP sklepu Play. Niestety adres ten się zmienił i sprawił, że przez ten wpis sklep przestawał działać na urządzeniu.

Musiałem więc sprawdzić co jest w tym pliku. Aby to zrobić trzeba jednak zrootować urządzenie – czyli uzyskać stosowny dostęp do plików systemowych z odpowiednimi uprawnieniami. I tu zaczęła się kolejna całkiem ciekawa przygoda.

Okazuje się, że każde urządzenie z Adroidem (telefon, tablet) rootuje się troszkę inaczej i często innym programem. Na forach często padały pytania jak zrootować te urządzenia, że ludzie mają problemy, że próbują na różne sposoby itd. Generalnie nie wyglądało to zachęcająco.

Znalazłem jednak instrukcję, która zadziałała z moim Lark’iem. Instrukcja pochodzi z forum.android.com.pl i napisana została przez D_Mrozu (http://forum.android.com.pl/f519/superuser-dla-lark-freeme-70-5gps-dvbt-superoneclick-191879/). Przytaczam ją tutaj, jako, że może komuś pomóc w podobnych tematach:

Rootowanie Lark 70.3GPS:
  1. Instalujemy sterowniki MotorolaDriver.msi (dostępne m.in. na chomikuj.pl) 
  2. Zaopatrujemy się w oprogramowanie SuperOneClick (w wersji 2.2) – warto wyłączyć antywirusa, bo niektóre traktują takie narzędzia jak złowrogie oprogramowanie :) 
  3. Ustawiamy tryb debugowania USB 
  4. Pozwalamy na instalowanie oprogramowania niepochodzącego z usługi Market (Ustawienia a następnie Aplikacje; w innych wersjach można też znaleźć to w ścieżce: Ustawienia -> Zabezpieczenia -> Nieznane źródła) 
  5. Następnie czas na restart komputera i po rozruchu podłączamy tablet do komputera (poprzez USB oczywiście). System wyszukuje teraz nowe sterowniki i po chwili mamy zainstalowane i gotowe do dalszej pracy. 
  6. Uruchamiamy SuperOneClick i przyciskamy wielkie przycisk „ROOT”. 
  7. Program będzie nam wyświetlał różne komunikaty – należy klikać OK, aż otrzymamy komunikat, że urządzenie jest zrootowane. 


Teraz już mogłem się dobrać do plików systemowych i zahashować nieszczęsny wpis w pliku hosts (lub usunąć – zasadniczo ten wpis do niczego nam już nie posłuży). Market Play zaczął działać! Alleluja!

Tabel został ponownie skonfigurowany, programy poinstalowane i mógł wrócić do swojego właściciela.

10 marca 2013

Moje przygody z systemem Android



Zanim jeszcze pojawił się Android, Apple miał już swoje
produkty umocowane na rynku. Pierwszym produktem z iOS’em, jaki trafił w moje
ręce to był iPod Touch (pierwsza generacja). Zachwycające wrażenia – wszystko intuicyjne
i po prostu działa! Rok później już miałem iPhone a następnie nie mogłem się
oprzeć iPad’dowi (tak się to odmienia??). I tak wtopiłem się w systemy Apple,
że nawet pojawienie się na rynku Androida nie zrobiło na mnie wrażenia. iOS tak
się spisywał, że nie potrzebowałem Androida właściwie do niczego.
Rosnąca jednak popularność platformy Android sprawiła, że
coraz częściej trafiały do moich rąk urządzenia z tym systemem (z racji
wykonywanego zawodu). Trzeba było więc się temu przyglądać coraz mocniej i
mocniej.
Pewnego dnia wymyśliłem, że jedno z takich urządzeń podaruję
swojej mamie – był to Lark 70.3GPS. Urządzenie właściwie zwykłe i na pozór
wszystko działało jak trzeba. Może troszkę wolno w porównaniu z urządzeniami
Apple jakie miałem, ale trudno było te urządzenia przyrównywać nawet cenowo.
Dopiero gdy postanowiłem, że chwilę na tym popracuję zaczęły
się prawdziwe przygody. I te techniczne przygody chciałbym opisać, aby pokazać
jak ciekawe jest życie użytkownika systemów Android – o tym będą kolejne posty.
Zapraszam do lektury.

8 lutego 2013

Przerwa?

Oj, wyszła niezła przerwa - to fakty. Wiele spraw nałożyło się w ostatnim czasie i jestem w nie dość mocno zaagażowany. Stąd mam braki czasowe jak choloera ;) Część moich projektów zaczyna się jednak domykać, więc powoli zaczynam wychodzić na prostą.
Dzięki temu zebrałem się wczoraj z aparatem na łowy - pogoda była tak przepiękna (choć nie wiem dlaczego niektórzy kierowcy mieli odmienne zdanie), że nie mogłem pozostać obojętny na jej piękno. Chodziłem więc z aparatem, statywem i parasolem - straszni epadało i od razu topniało, co dla sprzętu foto niezbyt było dobrze ;)
Tak czy owak oto wynik mojego wieczornego spacerku :)

Zimna nocą 2013

12 października 2012

Poważny demotywator biegania...


Wczoraj miałem przyjemność rozmawiać z redaktorem na temat biegania. Przy rozmowie była także obecna pani, która była odpowiedzialna za poprawne przeprowadzenie konkursu. Już wymianie kilku zdań okazało się, że oprócz mnie oni też biegają! Redaktor świeżo przebiegł dyszkę w ostatnim RunWarsaw a pani ma już wielokrotne dychy na koncie a nawet dwunastki. Oboje więc zaliczają się do prawdziwych amatorów biegania - już raczej nie joggingowców czy truchtaczy.

Pierwsza refleksja jaka mi się nasunęła dotyczyła popularności tego amatorskiego sportu. Faktem jest, że jest to też forma lansowania się, mody czy trendu aktualnego - fakt pozostaje jednak faktem. Nasza rozmówczyni dla przykładu zaczęła biegać aby zrzucić troszkę wagi - biega już 2,5 roku! Zwykli zjadacze chleba nie biegają tak długo… Redaktor zasadniczo od niedawna biega (tak zrozumiałem), ale wciągnął się we frajdę biegania.

Niezależnie jednak od powodu, biegających przybywa. Wczorajszy trening dla przykładu rozpocząłem o 23:06 a mimo to spotkałem nadal wielu biegaczy(!)

Rozmowa w pewnym momencie ześliznęła się na tory "a jak na to rodzina?". Przyznałem się, że dość słabo. Raczej niechętnie patrzą na moje bieganie. Właściwie to zjawisko dotyczy tylko żony, bo dzieci mocno mi kibicują i chcą wkręcić się nawet w ten sport. Córeczka ciągle namawia mnie na biegi na bieżni - lubi szybkie i krótkie dystanse. Mam wrażenie, że całkiem dobrze jej to już wychodzi. Starszy natomiast męczy mnie, abym zaczął go przygotowywać do pierwszej swojej dyszki. Niestety aktualnie narzeka na pięty podczas treningów piłki nożnej i wszystko wskazuje na to, że najpierw lekarz musi przebadać jego predyspozycje do tak długich dystansów…

Chwilę po tym zorientowałem się, że rozmówcy skarżą się podobnie: "u mnie to samo", "mam tak samo"! Wtedy zaświtała mi myśl, że to chyba nie tylko ja mam taką sytuację rodzinną. Zacząłem sobie przypominać sytuacje, z jakimi borykali się Ci, którzy biegali ze mną treningowo (tudzież ja z nimi) - wszędzie było podobnie, choć może nie każdy był wylewny w tych tematach, aby połapać się od razu w temacie. Nie dość, że jest to więc dość powszechne zjawisko, podobnie jak samo bieganie, to dodatkowo należy doliczyć to jako jeden z poważnych i znaczących elementów demotywujących w praktykowaniu tego sportu.

Ja wielokrotnie chciałem odpuścić swoje bieganie, bo jednak dla rodziny chcemy robić wiele, dużo - czasem niemal nawet dusze zaprzedać. Jednak gdy chcemy coś osiągnąć, czasami trzeba zrobić coś wbrew komuś lub czemuś. W końcu nie rezygnujemy z rodziny biegając a jedynie wyrywamy trochę czasu dla siebie… nie zapominajmy, że każdy z nas potrzebuje takiego czasu tylko dla siebie (oczywiście umiar wskazany bezwzględnie!).

2 października 2012

34. Maraton Warszawski - moja wygrana

I oto jedno z moich wieloletnich marzeń się spełniło: zostałem Maratończykiem!

Chciałbym wiele opowiedzieć, zwłaszcza z emocji, które mi towarzyszyły podczas ostatniego etapu, jakim był udział w 34. Maratonie Warszawskim. Dziś, dzień po biegu, już wiem, że nie uda mi się oddać całości euforii jaka temu towarzyszyła i nadal towarzyszy. Spróbuję jednak przekazać tyle ile będę w stanie…

Po pierwsze dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie w tym przedsięwzięciu, którzy trzymali kciuki i hojnie obdarowywali dobrym słowem. Każdy z Waszych głosów był dla mnie ważny – pozwalał budować moją cierpliwość i wytrwałość w dojściu do tego celu. Nie mogę się także oprzeć wrażeniu, że Ktoś czuwał także nade mną, tam na górze, abym doszedł do tego punkt właśnie w tym czasie…

Na ok. 2-3 tygodnie przed maratonem przyśniła mi się ś.p. prababcia. Siedzieliśmy przy stole i się gościliśmy z innymi. Przy stole siedziała także druga babcia – także zmarła, choć zaledwie rok temu. Prababcia była w bardzo dobrej formie i wyśmienitym humorze – taka szczęśliwa. Siedziała naprzeciwko mnie, po drugiej stronie stołu. Nachyliła się do mnie i powiedziała: „Nie bój się. Oni mnie nie widzą. Nie musisz się bać.” Miałem świadomość, że rozmawiam z prababcią, której nie ma z nami już ponad 10 lat. Nie bałem się jednak. Jej słowa wprowadziły we mnie spokój i radość, że widzę ją tak zdrową i szczęśliwą.

Wtedy zastanawiałem się co chciała mi powiedzieć. Dziś wiem, że dokładnie to co powiedziała. To była zapowiedź tego co będę przeżywał na maratonie, który zbliżał się dużymi krokami a ja coraz bardziej bałem się o kontuzje przypadkowe.

Aby wypełnić czas przed maratonem czytałem dużo. W tym czasie połknąłem m. in. takie książki jak „Bóg, kasa i rock’n roll” jako rozmowa Prokopa z Hołownią, „Zły” Tyrmanda, „Pozwól, że ci opowiem…”, „Nowy wspaniały świat”, „Cud w Andach” oraz dwie książki Paulo Coelho (Alef oraz Zahir). Część z tych książek pozwoliły mi mocno pochylić się nad sobą i skłonić do refleksji. Jeden z cytatów kompletnie odmienił moje spojrzenie na kwestie mojego wewnętrznego stosunku do istoty Boga:
„Gniewasz się na Boga. w którego nauczono cię wierzyć w dzieciństwie - odparł Arturo. - Boga, który ma cię pilnować i chronić który odpowiada na twoje modlitwy i przebacza grzechy. Taki Bóg to tylko bajeczka. Religie usiłują uchwycić Boga, ale Bóg jest ponad religią. Prawdziwy Bóg wymyka się naszemu pojmowaniu. Nie potrafimy zrozumieć jego woli, nie sposób go objaśnić w książce. Ani nas nie porzucił, ani nas nie ocali. Nie ma nic wspólnego z tym, że tu jesteśmy. Bóg się nie zmienia, on po prostu jest. Nie modlę się do Boga o przebaczenie czy łaskę. Modlę się, by być bliżej niego, podczas modlitwy napełniam serce miłością. Modląc się w ten sposób, wiem, że Bóg jest miłością. Kiedy czuję tę miłość, pamiętam, że nie potrzebujemy aniołów czy nieba, bo już jesteśmy częścią Boga.”
Ten olśniewający cytat uzmysłowił mi, że istoty Boga nigdy nie pojmiemy, niezależnie od naszych wysiłków, filozofów czy naukowców. Jeżeli wierzę, że jest coś po moim życiu, to musi być jak w tym cytacie – Boga nie da się uchwycić za nogi. „On jest, który jest”. Z drugiej strony wierzę i chcę wierzyć, że każdemu z nas towarzyszy anioł, który dba o nas i prowadzi nas ścieżką, która pozwoli nam ŻYĆ. W tym czasie pomyślałem, że takim moim aniołem może być prababcia – i tak zawdzięczałem jej swoje życie, więc była idealnym kandydatem na opiekuna…

Gdy dobiegliśmy do pierwszego kościoła, Boguś zwrócił moją uwagę na ten fakt i wtedy myśli znowu skierowały się do Boga. Po raz pierwszy w życiu modliłem się w duchu nie o pomoc, a o Jego obecność, jego Miłość i Ciepło, które mogło być mi pomocne w tym trudzie, którego się podjąłem. „Bądź ze mną i otocz mnie miłością!”. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, jak to miałoby mi pomóc w tym biegu…

Przed biegiem miałem potężny stres. Dużą cześć tego stresu zdjęło ze mnie szkolenie, które miałem przyjemność „skonsumować” w Krakowie przez cztery dni tuż przed imprezą maratonu. Szkolenie pozwoliło mi przyjrzeć się sobie, swojej osobowości i temperamentowi. Po raz pierwszy bez strachu spojrzałem na siebie widząc swoje odbicie w oczach innych. Szkolenie pokazało mi jak daleka jest droga pracy nad sobą ale i pokazało ścieżkę, którą mogę dalej podążać i stawiać kolejne kroki, bez strachu, że noga mi się podwinie. Na szkoleniu chyba każdy otworzył się na siebie i drugiego. Dzięki temu atmosfera stworzona była magiczna i jednocześnie bardzo elektryzująca. Energia, która krążyła w sali docierała wszędzie i nikt nie mógł pozostać obojętny wobec niej. Osobiście obawiam się, że takie szkolenie zdarza się tylko raz w życiu. Szkoda, że to tylko 4 dni były…

W niedzielę, gdy wychodziłem z domu aby dojechać na start, rodzina jeszcze spała. Pocałowałem śpiącą żonę w czoło. Trochę z żalem, że ciągle śpi, zamiast choć raz w moim biegackim, pięcioletnim bieganiu wesprzeć mnie. Byłem jej jednak wdzięczny, że już nie negowało mojego dążenia, że ten mój cel nie był jej wrogiem…

Stres przed startem niezłomnie rozładował więc Tomasz ze swoją małżonką, Moniką. Ta przesympatyczna para skutecznie usuwa ze mnie wszelkie poczucie niepokoju, stresu a nawet strachu. Nawet chwila rozmowy z nimi sprawia, że czuję się ponownie ukojony. Dzięki Tomkowi mogłem także liczyć na fotki!

Biegłem z Bogusiem. Plan był 4:15 więc wystarczyło biec w tempie ok. 6:02 min/km. Wiedziałem jednak po letnich zmaganiach, że start będzie tłumny i nie należy forsować tłumu. Boguś jest weteranem maratonów, więc dla niego było to oczywiste. Dzięki temu przebiegliśmy pierwszy kilometr bez spinania się – jako rozgrzewkę (tę dodatkową oczywiście). Następne kilometry trzymaliśmy już równo a nawet nieco szybciej niż potrzebowaliśmy. Do 18-tego kilometra mieliśmy blisko 3 minuty zapasu. Do tego czasu bieg był raczej nudny. Próbowałem wchodzić w interakcję z kibicami, dziękować im, że przyszli być z nami, zachęcać ich do aktywności… Próbowałem także wejść w rozmowy z niektórymi uczestnikami maratonu – słabo to wychodziło. Ludzie byli nadal spięci i niechętni na moje zaczepki.

Na 22km Boguś niestety odpadł na tak zwaną „kapsułkę”. Stwierdziłem, że nie będę czekał na niego, tylko zwolnię bieg, i dzięki temu nieco wypocznę. Biegłem tak kilka kilometrów, ale Boguś nie dołączył. To był zły znak. Po biegu dowiedziałem się, że zbuntował mu się żołądek i zbrakło sił, aby utrzymać tak mocne tempo. Ja zresztą też je straciłem, gdy Boguś został w tyle.

Zostałem wiec sam na sam ze sobą. Obcy w tłumie biegaczy. Włączyłem więc audiobooka – słuchawki miałem cały czas w uszach na wypadek konieczności wsparcia motywacji. Po dwóch kilometrach jednak uznałem, że to nie ma sensu – nie potrafię skupić się na treści audiobooka, gdy sił zaczynało powoli brakować. A do mety jeszcze tak daleko było! Wyłączyłem audiobooka. Dobiegłem do kolejnego punktu „wodopojowego” i tam skorzystałem z szybkiego marszu aby porządnie się napić (picie podczas biegu ciągle mi wlewało wielkie hausty wody/powerade do nosa!).

Biegnąc tak, tracąc siły i nadzieję dobiegłem do dziewczyny, która zupełnie niczym się nie wyróżniała. No może poza moim odczuciem, że bije od niej zwykła serdeczność. Zanim zrównałem się z nią zauważyłem jak jakaś jej przyjaciółka mocno jej kibicuje i robi jej zdjęcia. Ech, ta zazdrość :)

- Muszę się z Tobą poznać, bo masz wspaniałych kibiców.

- Może dlatego, że jestem kobietą – jest ich nie wiele w tym biegu?

- Nie, nie. Mam na myśli tego fotografa, który tak dzielnie i fantastycznie kibicował.

- Ach, tak! To tylko jeden taki kibic, moja przyjaciółka. Natalia jestem…

Jej uśmiech naturalny i niewymuszony skutecznie rozwiewał wyraźną pamięć zmęczenia nóg. Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań o tym maratonie, że to nasz pierwszy raz, że mamy podobny cel, że jest cudownie, że musimy dobiec i że dobiegniemy a następnie odskoczyłem, aby nadrobić moje szybkie poprzednie spacery.

I tak było już do końca trasy. Spotykałem ją co jakiś czas, wymienialiśmy dwa-trzy zdania i znowu naenergetyzowany rzucałem się do przodu. Właściwie z niewiadomych powodów pozwalała podnieść poziom mojej energii i wypełniać mnie jakąś nadzieją i ciepłem. Wiedziałem, że jest kimś, kto stanął na mojej drodze na tę chwilę, aby wesprzeć mnie.

Na 37-tym kilometrze odezwał się sygnał dzwonka telefonu. Wcześniej dzwoniła mama z pytaniem, czy już skończyłem. Pewnie znowu dzwoniła sprawdzić, czy już – odebrałem. Tym razem jednak usłyszałem głos mojej żony. Już czułem jak ogarnia mnie wzruszenie. Wiedziałem i chciałem w tę moją wiedzę wierzyć, że przyjechała z dziećmi aby wesprzeć mnie i być na mecie, na stadionie. Potwierdziła moje przypuszczenia – już czekała na stadionie a ja czułem jak łzy napływają mi do oczu. Nigdy wcześniej nie dała się namówić na uczestnictwo w formie kibica. Po pewnym czasie się poddałem, bo jednak nie przepadała za moim bieganiem. A teraz w najważniejszym biegu mojego życia przyjechała! Otarłem łzy i poczułem jak wstępuje we mnie nowa energia i siła. Przyśpieszyłem swoje tempo dość wyraźnie i poczułem, że mogę tak już do samego stadionu biec. Radość hulała w moim sercu jak halny! Silnie wiał, wyciskał łzy a przy tym ciepły i niosący pozytywne emocje.

Na horyzoncie znowu zobaczyłem Natalię. Tym razem bez trudu ją dogoniłem i opowiedziałem jak energia dziś przecudnie przepływa do mnie poprzez różnych ludzi i jak teraz osiąga kulminację.

- Dlaczego do tej pory nie kibicowała ci?

- Właściwie to długa historia, której może nawet do końca dobrze nie rozumiem. Teraz jednak to nie jest ważne. – błądziłem słowami nie mogąc opanować wzruszenia – Cieszę się, że mogłem cię poznać i czerpać z Twojej energii życia. Również i tobie dziś wiele zawdzięczam…

Podzieliłem się jeszcze kilkoma refleksjami, wymieniliśmy się uprzejmościami i ruszyłem do przodu… Już jej nie widziałem potem. Energia i ciepło płynęło jednak teraz inną drogą i nie potrzebowałem „wampirzyc” po drodze – biegłem dziś dla swojej rodziny! Wtedy zrozumiałem, że moja modlitwa została wysłuchana…

Dwa dni wcześniej kończyłem książkę „Cud w Andach”, gdzie znalazłem tekst:
„Dziś jestem przekonany, że jeśli istnieje coś boskiego we wszechświecie, to mogę to odnaleźć tylko poprzez miłość, jaką darzę moją rodzinę, przyjaciół i prosty cud bycia żywym. Nie potrzebuję żadnej innej mądrości czy filozofii - moim obowiązkiem jest jak najintensywniej przeżywanie mojego czasu na ziemi, stawanie się z każdym dniem coraz bardziej ludzkim, i rozumienie, że stajemy się ludźmi tylko wtedy, gdy kochamy.”
Wtedy zrozumiałem, że rodzina, którą zostałem obdarowany jest czymś najcenniejszym, co mogłem otrzymać. To właśnie ich mogę, powinienem i muszę kochać całym moim sercem. Nawet wbrew przeciwnościom jakie czasami stają na naszej drodze. Zachowuję tę mądrość w swoim sercu i przyzwyczajam się do niej, aby stanęła się maksymą mojego życia… a dwa dni później dostaję tak wyraźny sygnał od osób, których chcę kochać całym sercem…

Wbiegając na metę miałem tyle pary, że pozwoliłem sobie na ekstra sprint. Energia, duma i miłość mnie rozpierały! Teraz mogłem przebiec jeszcze kilka dodatkowych kilometrów, aby ciągle przy mnie byli, aby byli ze mnie dumni. Od znajomej dowiedziałem się, że żona widząc mnie wbiegającego na stadion miała łzy w oczach… tak jak ja gdy odbierałem medal. Teraz jednak sam maraton już nie miał znaczenia. Tym razem wygrałem więcej niż maraton…

28 września 2012

I jeszcze jeden konkurs!


Byłem przekonany, że limit szczęścia się wyczerpał - a tu proszę! Kolejny konkurs i kolejne wyróżnienie. Tym razem otrzymam książkę "Klątwa Tygrysa. Wyprawa". 

Zadanie wyglądało tak:
Gdybyście mogli wybrać jedno ze zwierząt, w które mielibyście zostać zaklęci, to co by to było i dlaczego? I jak chcielibyście zostać odczarowani?
A oto tekst, za który mnie nagrodzono:
Być zaklętym w zwierzę? Mogę wybrać? Uśmiech na twarzy mi nie znikał jeszcze przez chwilę, bo gdy mogę wybrać, w co chcę być zaklęty to wtedy chyba nie jest już klątwa? Okazja jednak czyni złodzieja i stwierdziłem, że jest to doskonała okazja do tego by ziścić swoje marzenia a może oczekiwania. Tylko, czy jak już wybiorę to stanę się tym, co wybiorę? Zespół LubimyCzytać jest tak porządny, że wierzę w to mocno. Pierwsze do głowy przychodziły mi właśnie smoki, tygrysy, lwy i inne zwierzęta posiadające dużo sił i możliwości. To jednak szybko odrzuciłem – nie sztuka wybrać zwierzę nie mające naturalnych wrogów. Cóż to za sztuka wybrać silniejszego, mocniejszego i bez konkurencji? Pomyślałem więc jeszcze raz skupiając się na tym co zawsze chciałem robić. I znalazłem! Chciałbym być zaklętym w orła. Moja miłość do szybowania i latania są tak silne, że w jednej chwili chciałbym już wzbić się w niebo i tam szukać prądów wznoszących by znowu poczuć łaskotanie w podbrzuszu, by poczuć wolność, wiatr we włosach (piórach?). Poczuć jak słońce rozlewa się po plecach i delikatnie muska. Z przymrużonymi oczami oddychać pełną piersią i podziwiać świat z góry, gdzie czas zatrzymuje się i nie ma znaczenia… Droga redakcjo, czy muszę czekać z tym zaklęciem do 25-tego? I usilnie proszę nie dopisywać historii dzielnej dziewczyny lub księżniczki, która miałaby mnie wyzwolić z tego zaklęcia. Raz zaklęty w orła, chciałbym już nim pozostać. Liczę na przychylność przemiłej redakcji.

17 września 2012

Dla kibiców

Niecałe 2 tygodnie zostały do maratonu. Jeszcze nigdy tak bardzo nie zbliżyłem się do mojego marzenia. Teraz jednak czas na skupienie, koncentrację i planowanie. Aby kompletnie nie być skupionym na sobie, to występuję z prośbą do Was:

Poszukuję tzw. supportera, który mógłby pokonać ze mną ten maraton na rowerze. Osoba taka byłaby w pobliżu zapewniając mi odpowiednie nawadnianie przy pomocy kilku butelek napoju podawanych co jakiś czas. Chodzi przede wszystkim o to, aby nie tracić zbyt wiele czasu (lub w ogóle) w punktach żywieniowych. Jeśli by się ktoś pisał na taką współprzygodę, to proszę o kontakt (poprzez komentarz – nie publikują się automatycznie, więc dane kontaktowe zachowam dla siebie).

Kolejny temat dotyczy kibiców. Pod tym adresem znajduje się informator dotyczący tej wielkiej imprezy:
http://www.maratonwarszawski.com.pl/files/folder_informacyjny.pdf
Wszystko wskazuje na to, że będzie to impreza z wielką pompą i będzie mi miło jeśli ktoś zadeklaruje obecność na tym biegu :) Gorąco zachęcam (zwłaszcza moich stałych kibiców).

15 września 2012

Wygrałem konkurs (znowu?)

Tak, już pisałem o tym, a właściwie mogłoby się tak wydawać. Otóż cała tajemnica tkwi w tym, że wygrałem kolejny konkurs :))

Tym razem napisałem dwie recenzje i jedna z nich zapewniła mi drugie miejsce w konkursie. Recenzje oczywiście za chwilę „przedrukuję”, jednak nagroda jest na tyle szczególna, że warto przede wszystkim o niej pomówić :)

Otóż drugie miejsce zostało nagrodzone urządzenie iPod nano 6g 8Gb oraz sześcioma audiobooków, które dopiero zostaną wydane (te, które wygrają w plebiscycie). Radocha jest więc wielka, bo urządzenie podoba mi się co najmniej od dwóch lat a teraz spełnia się moje pragnienie :) Nagroda zapowiada się ciekawie, więc pewnie wkrótce coś więcej o tym napiszę :)

A teraz czas na recenzję książek. Pierwsza z nich dotyczy całkiem dobrej książki zatytułowanej „Ręczna Robota”. Wspaniały kryminał z naszego polskiego podwórka. Nie sposób w pełni podzielić się wrażeniami z książki, jako że do dyspozycji miałem tylko 2000 znaków. Swoją opinię wyraziłem więc tak:

Dla młodych – abstrakcja w każdym calu. Dla dojrzałych – niezwykły wehikuł czasu. Dla starszych – oddech Wielkiego Wschodniego Brata, który mrozi krew w żyłach. Chętnie mówimy „tak było w PRL” lub „to komuna” – faktem jednak jest, że zdecydowana większość społeczeństwa przeżyła to na własnej skórze i taki powrót, za pomocą powieści, do tamtych klimatów jest chyba najbezpieczniejszą formą wspominania tej części naszej historii, której MIMO WSZYSTKO nie chcemy się całkowicie wyprzeć.
Ja należę do tych „dojrzałych” i muszę przyznać, że książka ta pokazała mi jak mocno pamięć się zaciera. Ponownie mogłem przyjrzeć się czasom, gdy panował PRL, gdy panował tak wielki chaos, że trudno uwierzyć, że ten domek z kart nie runął przez tyle lat!
Autor doskonale wprowadza nas w tamten klimat, obyczaje, dzień powszedni, który dziś określilibyśmy jako „zwariowany i nierzeczywisty”. Nieporadność służb mundurowych, ich przerażający stosunek do wykonywanej służby i człowieka, brak szacunku do wszystkich i wszystkiego a z drugiej strony obywatele, którzy muszą przeżyć, dostosować się i odnaleźć w tej krainie Alicji, dzięki czemu ich relacje są ciepłe, spontaniczne (choć zawsze alkoholowe) i w zasadzie niespotykane dzisiaj… takie prawdziwie słowiańskie…
Zasadniczo to książka dla każdego. Dla młodych, aby mogli dotknąć tego świata, w którym żyli ich rodzice lub starsze rodzeństwo. Dla dojrzałych – aby nie zapomnieli tego czasu, który może stać się ich kamieniem węgielnym współczesnego życia. Dla starszych, aby mogli przekonać się, że już się obudzili z tego koszmaru, że można o tym mówić, a te czasy z pewnością już nie powrócą i dlatego warto o tym pamiętać, by przestrzegać nowe pokolenia przez zidioceniem.

Druga książka to w moje rodzinie już klasyk (przeczytaliśmy już wszystkie książki tego autora): „Chemia Śmierci”. Oto jak ująłem swoją przygodę z tą książką:

Autor użył narracji w pierwszej osobie. Nie narzuca się jednak tak od razu. Zaczynam od porażającego opisu rozkładającego się ciała ludzkiego, więc skutecznie przykuwa uwagę czytelnika już od pierwszych wersów. Jednak nie jest to zwykły opis – chodzi o coś konkretnego. Autor nie wysila się, aby nas straszyć, szokować, przemalowywać już zielony trawnik itd. On pokazuje jedną ze swoich historii, obnażając swoje rozterki, słabości i zwyczajność. Niesie ze sobą cały ciężar życia, „doświadczeń” i tragedii, którą każdy z nas dźwiga na swoich ramionach. Rysuje się jako zwykły człowiek z rozterkami, pragnieniami i wszystkim tym, czego nie potrafimy zrozumieć, choć się temu poddajemy.

Książka często jest określana jako kryminał – ok, jest wątek kryminalny. Jednak w moim odczuciu nie okoliczności są ważne – te zawsze nas znajdują w dowolnym miejscu i czasie. Przepiękne i pełne studium osobowości bohatera pozwala przeżyć jego życie tak mocno jak to tylko możliwe. Bardzo szybko angażujemy się w jego emocje, stany, radości, smutki, żale i obawy pomieszane ze strachem życia. „Normalność” głównego bohatera wsiąka w naszą skórę i przenika do naszego krwiobiegu. Już po kilkudziesięciu stronach życie David’a Hunter’a staje się naszym życiem a koniec książki zawsze pozostawia objawy abstynencyjne – od razu pragniemy sięgnąć po kolejną książkę! Zasadniczo do dziś mamy 4 książki pana Becketa, więc należy pamiętać, że objawy abstynenckie po czwartek książce są już tak intensywne, że w wielu przypadkach grozi rzeczywistą depresją i awersją do czytania innych książek nawet na kilka tygodni (zaobserwowane na sobie i rodzinie!).
ALE to nie koniec zalet fantastycznego fachu pana Simon’a. Muszę tu wspomnieć o wyjątkowo jasnych stronach jego pisarstwa. Ze względu na ograniczone miejsce, wspomnę tylko o:
- niebywała lekkość stosowania bliskich i lekkich retrospekcji
- niewiarygodność zwrotów akcji
- akcja dzieje się do ostatniej litery książki.

Ach, byłbym zapomniał jeszcze o jednym szczególe: że jestem farciarzem, to już słyszałem wielokrotnie, więc aktualnie przyjmuję już tylko gratulacje ;)))

14 września 2012

Wygrałem konkurs

A tak! W ramach połykania książek trafiłem na konkurs, gdzie zapytano mnie, gdzie wybrałbym się w podróż życia. Trudnym kryterium było zmieścić się w 1000 znaków - a trzeba przecież przyznać, że dla mnie to dość poważne ograniczenie. Udało się jednak i nagroda w postaci książki idzie już do mnie :)

A oto treść mojej odpowiedzi, która znalazła się w gronie nagrodzonych:

Ostatnio zostałem poproszony o odpowiedź na pytanie czym jest dla mnie start w maratonie. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem co tak magicznego i niezwykłego jest w tym moim dążeniu. Dziś zapytano mnie gdzie wybrałbym się na podróż mojego życia – znowu zanurzyłem się w sobie, aby przyjrzeć się swoim najgłębszym pragnieniom.
Wiele podróżowałem i dopiero teraz zaczynam widzieć, dlaczego tylko niektóre wyprawy odcisnęły się w mojej pamięci i wspomnieniach. To faktycznie nie cel a sama droga. Co więcej! Te wyprawy, które popełniłem spontanicznie dla samej przyjemności, wędrówki bez celu, bez planu i przygotowania - to było to, co sprawiało, że czułem się bliżej czegoś nieokreślonego, czegoś ważnego, czegoś za czym gonię przez swoje życie a wciąż wyrywa mi się z rąk, jak skrawek płaszcza uciekającego złodzieja.
Podróż moich marzeń? Nieważne gdzie. Może być rowerem dookoła Europy, pieszo po szlakach Hiszpanii, po górach... wszędzie tam, gdzie znajdę czas na poszukiwanie utraconego JA.

10 września 2012

Maraton tuż, tuż


Znowu dłuuuuga przerwa. Tak więc czas na sprawozdanie z moich zmagań treningowych na drodze do maratonu. A mam już „zaliczone” dwa miesiące porządnego treningu z trenerem Staszewskim. Zostało właściwie 3 tygodnie i chyba zaczynam się stresować. Aby wypełnić czas znowu uciekam do książek ;). Wczoraj wieczorem dla przykładu przeczytałem lekturę syna „Bracia Lwie Serce” – od deski do deski :). Całkiem ciekawa książka, choć moja ocena jest raczej poniżej średniej. Ale mniejsza z lekturami (a właściwie ich nadrabianiem).

W piątek odbyło się coś jeszcze. Coś ważnego i istotnego. A mianowicie: gwiazdorzyłem :) Oczywiście nie zjadłem Snikersa, bo od razu by mi przeszło. A było to dość sympatyczne uczucie i chciałem się nim jeszcze przez chwilę nacieszyć. Do rzeczy.

W piątek od godziny 8:00 byłem umówiony z fotografem, który zapełnił mi niemal 1,5 godziny. Przysłali go z tego konkursu Halls’a. Nikt nigdy nie poświęcił mi tyle czasu po drugiej stronie obiektywu. Z jednej strony jest miłe, z drugiej jednak ciężka harówka. Po zdjęciach miałem jeszcze 50 minut treningu i muszę przyznać, że zanim zacząłem trening byłem już dobrze zmęczony. Satysfakcja z udanych i wypozowanych zdjęć czasami jednak rekompensowała ten cały wysiłek. Na zdjęcia jednak muszę poczekać aż fotograf je obrobi i wyśle do agencji, która prowadzi ten konkurs.

Po treningu udałem się do skarbówki – bardzo dziwna wizyta i zupełnie niepotrzebna – niestety za pieniądze podatników :( Załamuje mnie ten cały aparat państwowo-skarbowo-prawny. Zaczynam się czuć, jakbyśmy jednak się nie wyzwolili z pod panowania komunistów. A może tylko z jednej niewoli wpadliśmy w drugą?... Nie mam siły na te męczące rozważania – nie teraz…

Po tym wszystkim zadzwoniłem do agencji aby się upewnić, że otrzymam zdjęcia. Rozmowa przesympatyczna. Dowiedziałem się jednak z niej, że w tym konkursie mam być prawdziwą gwiazdą ;))) Cóż za odpowiedzialność! Konkurs wygrały 3 osoby, które miały pobiec w maratonie. Jednak odpadła już niemal na początku (zdaje się, że dość poważne problemy zdrowotne). Druga dziewczyna została sklasyfikowana na półmaraton (co by oznaczało, że było za mało dla niej czasu, aby ją przygotować do maratonu?). Czyli maratończyk pozostaje JEDEN :) Trochę szkoda, choć z drugiej strony to dodatkowy i zaszczyt i odpowiedzialność. Na razie wszystko wskazuje jednak, że podołam :) Jak dotąd w tym roku przebiegłem 750km(!). To dość dobre wybieganie a co ważniejsze prowadzące wprost do maratonu… ech! Cieszę się i boję jednocześnie…

Dziś dostałem pytania do wywiadu – czyli gwiazdorzenia ciąg dalszy :)

19 lutego 2012

Przenosiny...

Z przyczyn ekonomicznych zaczynam przenoszenie bloga na darmową platformę (tu płacę przede wszystkim za domenę) wordpress. Od dziś wszelkie nowe posty publikowane będą już pod adresem:

http://robsik.wordpress.com

Powyżej widać kanał RSS mojego nowego bloga.

Serdecznie zapraszam a jednocześnie zachęcam do ewentualnych komentarzy lub sugestii.

12 lutego 2012

To jest właśnie facebook?!


Narzędzie, które budzi we mnie nadzieję i jednocześnie obrzydzenie. Z jednej strony pozwala podzielić się ciekawymi i wartościowymi rzeczami a z drugiej strony odzwierciedla nieskończoną ludzką głupotę. To co dziś zobaczyłem wstrząsnęło mną do szpiku kości – po raz kolejny zapragnąłem zniknąć z tego portalu… gdyby nie to, że z niego zniknąć na dobre się nie da…

… jak można „lubić” takie wydarzenie… żenujące…